Wolność względna- już jutro zacznę żyć w zupełnie innym toku, to nowe życie wydaje się być bardzo kuszące.
W tym strasznym zamęcie pakuję się na dłuuugi wyjazd daleko stąd. Już jutro. Już jutro moje życie ulegnie kolejnej zmianie. Nie mogę się doczekać
Tworzę tego bloga pod wpływem nagłego impulsu, bardzo ważna w moim życiu osoba zapoczątkowała we mnie kaskadę emocji i zdarzeń, czego rezultatem jest właśnie ten projekt.
środa, 31 sierpnia 2011
niedziela, 28 sierpnia 2011
Homo sapiens
Walczymy ze swoimi demonami, które ukazują nasze wszystkie słabości, które w chwilach zagubienia pokazują, jak cholernie niezdecydowani i bezradni jesteśmy. Walczymy z tęsknotą za dawnymi miłościami, przygodami, walczymy z bezgranicznym poczuciem, że kolejne lata naszego życia będą nas zmuszać do staczania się ciągle w dół. Ciągle w dół. Walczymy z wszechogarniającym nas strachem przed przyszłością, walczymy ze swoją niepewnością i z każdym swoim małym, czy też większym lękiem. Szukamy akceptacji wśród rówieśników, nie mogąc jej znaleźć- stajemy się samotni, zamykamy się na świat. Czasami jednak pojawia się w tym egipskim mroku mała iskierka, która daje nam nadzieję, że może jednak wygrzebiemy się z grobowca. Mała iskierka, która napędza nas do dalszego działania, która mówi nam "ogarnij się, trzeba iść dalej". Życie na poziomie jednostki jest bezcelowe- w końcu rodzimy się, pracujemy, umieramy, bez żadnego sensu i perspektyw na dalsze wydarzenia. Czy boimy się śmierci, czy raczej tego, że po śmierci najzwyczajniej przestaniemy istnieć? Czy istnieje jakaś, jakakolwiek forma życia pośmiertnego? A co, jeśli ogarnie nas pustka? Stracimy świadomość, stracimy byt. Nie jest przerażające to wszystko? Jest, jak jasna cholera. Życie to nie gra, w której możemy wcisnąć "restart", gdy coś nam nie wyjdzie(choć fajnie by było, gdyby tak to działało). A może po śmierci idziesz do miejsca, w które wierzysz?
Nieważne, odbiegam od tematu.
Patrząc z perspektywy czasu- ma sens życie na poziomie społeczeństwa, i tylko jako społeczeństwo możemy osiągnąć coś więcej. Ludzie- to prawdopodobnie najbardziej pazerna, pyszna, zdradliwa rasa w całym wszechświecie, ale wierzę też, że najsprytniejsza i w obliczu zagrożenia- najlepiej zorganizowana. Żyjemy w tym świecie, który dla nas wybrano, to nie przypadek. Nie wierzę co prawda w gadkę szmatkę o Bogu, ale skoro już tu jesteśmy- zróbmy coś dla wspólnego dobra, spójrzcie na mrówki- nie mają mózgów a są tak zajebiście zorganizowane i uporządkowane, ale wszystkie ich zachowania są przewidywalne, one są identyczne z wzorcem. Jesteśmy indywidualni, unikatowi i zupełnie inni, to jest piękne; jako społeczeństwo natomiast, jesteśmy niesamowitą mieszanką kulturową i etniczną, jako społeczeństwo jesteśmy jednym, wielkim supermózgiem, którego pamięć operacyjna liczona będzie w yottabajtach albo nawet nie wymyślono jeszcze takiego przedrostka systematycznego! Życie na poziomie społeczeństwa ma sens(seems legit:D), wyobraźmy sobie współpracę wszystkich narodów, społeczeństwo ludzkie sięgające gwiazd, niesamowity postęp naukowy i kulturowy(dowodem może być szybki boom naukowy w połowie 19 wieku, gdy powstawały stowarzyszenia naukowe- im nas więcej, tym więcej wiemy!). Wyobraźmy sobie standard życia, jaki może nam zaoferować życie dla wspólnego celu. Społeczeństwo, jako jeden wielki mechanizm, gdzie każdy maleńki komponent jest absolutnie niezbędny, zadbany i szanowany, gdzie każdy komponent jest unikatowy, indywidualny można powiedzieć. Jesteśmy do tego zdolni, jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, kiedy współpracujemy, jesteśmy homo sapiens.
Nieważne, odbiegam od tematu.
Patrząc z perspektywy czasu- ma sens życie na poziomie społeczeństwa, i tylko jako społeczeństwo możemy osiągnąć coś więcej. Ludzie- to prawdopodobnie najbardziej pazerna, pyszna, zdradliwa rasa w całym wszechświecie, ale wierzę też, że najsprytniejsza i w obliczu zagrożenia- najlepiej zorganizowana. Żyjemy w tym świecie, który dla nas wybrano, to nie przypadek. Nie wierzę co prawda w gadkę szmatkę o Bogu, ale skoro już tu jesteśmy- zróbmy coś dla wspólnego dobra, spójrzcie na mrówki- nie mają mózgów a są tak zajebiście zorganizowane i uporządkowane, ale wszystkie ich zachowania są przewidywalne, one są identyczne z wzorcem. Jesteśmy indywidualni, unikatowi i zupełnie inni, to jest piękne; jako społeczeństwo natomiast, jesteśmy niesamowitą mieszanką kulturową i etniczną, jako społeczeństwo jesteśmy jednym, wielkim supermózgiem, którego pamięć operacyjna liczona będzie w yottabajtach albo nawet nie wymyślono jeszcze takiego przedrostka systematycznego! Życie na poziomie społeczeństwa ma sens(seems legit:D), wyobraźmy sobie współpracę wszystkich narodów, społeczeństwo ludzkie sięgające gwiazd, niesamowity postęp naukowy i kulturowy(dowodem może być szybki boom naukowy w połowie 19 wieku, gdy powstawały stowarzyszenia naukowe- im nas więcej, tym więcej wiemy!). Wyobraźmy sobie standard życia, jaki może nam zaoferować życie dla wspólnego celu. Społeczeństwo, jako jeden wielki mechanizm, gdzie każdy maleńki komponent jest absolutnie niezbędny, zadbany i szanowany, gdzie każdy komponent jest unikatowy, indywidualny można powiedzieć. Jesteśmy do tego zdolni, jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, kiedy współpracujemy, jesteśmy homo sapiens.
środa, 24 sierpnia 2011
Kurt cz.2
Krótki, urywany dzwonek do drzwi wyrwał go z letargu. Policja, już po mnie. Kurwa. Szybko sprawdził, czy są jeszcze jakieś krwawe ślady w zasięgu wzroku, poprawił w biegu lampę, która leżała na podłodze. Dlaczego lampa leżała na podłodze? Zerknąłby w judasza dla pewności, niestety poprzedni lokator był nawiedzonym miłośnikiem feng-shui, judasz źle mu wpływał na przepływ Chi, czy czegoś tam takiego, dlatego został załatany. Element zaskoczenia. Kolejny dzwonek do drzwi, jego serce zaczęło bić jeszcze szybciej, teraz przypominało bieg geparda, albo, co gorsza rozpadający się silnik Harleya. Pociągnął za klamkę, przełknął ślinę i odchylił drzwi... Za nimi ukazała się znajoma twarz- Monica, jej uśmiech zaskoczył nieco Kurta i zarazem bardzo go uspokoił. To taki rodzaj uśmiechu, jaki widzi się w chwilach spełnienia, lub podczas wspólnego pobytu w kawiarni, chwili ciszy we dwoje, albo po wręczeniu komuś prezentu, bardzo kojący. Co ona tu robi? To nie jest dobry moment... Monica bez wahania weszła do środka i przytuliła mocno Kurta, dając mu jednoznacznego buziaka w policzek. "Monica, to nie jest dobry moment"- powiedział gestykulując w języku migowym.
- Coś się stało?- Monica szybko oderwała się od niego i spojrzała prosto w jego oczy z niepokojem, jej twarz była tak cudownie dojrzała a zarazem tak niewinna, nie potrafiła maskować uczuć, paradoksalnie, miała też duże problemy z ich okazywaniem.- Kurt, chciałam z Tobą porozmawiać, ale nie mogłam się do Ciebie dodzwonić.- spojrzała pytająco.
"Musiałem trochę odsapnąć, miałem fatalny tydzień"- wyjaśnił wzruszając na koniec ramionami
- Ok, rozumiem, ale to nie powód, żeby się odcinać od świata. A jakby coś się stało?- Monica była nieco podenerwowana, jej spojrzenie pokazywało gniew, po chwili jednak rozchmurzyła się i zupełnie niespodziewanie jeszcze raz przylgnęła do niego całym ciałem. Nie dało się ukryć, było to bardzo przyjemne, zwłaszcza ze względu na jej niesamowicie powabne kształty. Jeśli można by było opisać anioła skrzyżowanego z demonem seksu jednym słowem, z pewnością byłoby to właśnie jej imię. Miała kruczoczarne włosy zaplecione w kok z tyłu głowy, była średniego wzrostu, jej blado srebrzysta cera kontrastowała nieco z zielonymi jak świerk oczyma. Pełne usta kusiły jak jasna cholera, ale przecież Kurt obiecał sobie, że nie zaprzepaści tej relacji. Czasami, gdy z nią przebywał sam na sam, mieli romantyczne i nieco dwuznaczne momenty, ale zawsze w porę Kurt wycofywał się na znaną sobie pozycję obserwatora i słuchacza. Mówiąc o jej figurze, można stwierdzić, że pewnie jest baletnicą, albo tancerką, była bardzo szczupła, brak masy na brzuchu i udach nadrabiała za to ślicznie ukształtowanym, nie za dużym biustem i pupą, która aż prosiła się o klapsa. - Martwiłam się, nie rób tak więcej.
Stali tak jeszcze przez chwilę, jak gdyby nigdy nic. Przyjemną chwilę przerwał dzwonek pralki, która skończyła wirowanie i w jednej chwili w głowie Kurta znów pojawił się chaos. Ciekawe, jak z pozoru banalne wydarzenie na kształt dzwonka w pralce może wpłynąć na ludzkie zachowanie. Kurt czuł się przez chwilę jak pies Pawłowa. Uspokój się człowieku, ona nie może wiedzieć.
"Może zobaczymy się dzisiaj wieczorem, co Ty na to? Muszę tu trochę posprzątać, załatwić parę spraw..."
- Jasne, tylko odezwij się, bo to wkurzające- powiedziała na odchodnym, po czym spokojnie wyszła z jego mieszkania. Już nic nie miało być takie, jak przedtem, ale Kurt nie mógł o tym wiedzieć.
- Coś się stało?- Monica szybko oderwała się od niego i spojrzała prosto w jego oczy z niepokojem, jej twarz była tak cudownie dojrzała a zarazem tak niewinna, nie potrafiła maskować uczuć, paradoksalnie, miała też duże problemy z ich okazywaniem.- Kurt, chciałam z Tobą porozmawiać, ale nie mogłam się do Ciebie dodzwonić.- spojrzała pytająco.
"Musiałem trochę odsapnąć, miałem fatalny tydzień"- wyjaśnił wzruszając na koniec ramionami
- Ok, rozumiem, ale to nie powód, żeby się odcinać od świata. A jakby coś się stało?- Monica była nieco podenerwowana, jej spojrzenie pokazywało gniew, po chwili jednak rozchmurzyła się i zupełnie niespodziewanie jeszcze raz przylgnęła do niego całym ciałem. Nie dało się ukryć, było to bardzo przyjemne, zwłaszcza ze względu na jej niesamowicie powabne kształty. Jeśli można by było opisać anioła skrzyżowanego z demonem seksu jednym słowem, z pewnością byłoby to właśnie jej imię. Miała kruczoczarne włosy zaplecione w kok z tyłu głowy, była średniego wzrostu, jej blado srebrzysta cera kontrastowała nieco z zielonymi jak świerk oczyma. Pełne usta kusiły jak jasna cholera, ale przecież Kurt obiecał sobie, że nie zaprzepaści tej relacji. Czasami, gdy z nią przebywał sam na sam, mieli romantyczne i nieco dwuznaczne momenty, ale zawsze w porę Kurt wycofywał się na znaną sobie pozycję obserwatora i słuchacza. Mówiąc o jej figurze, można stwierdzić, że pewnie jest baletnicą, albo tancerką, była bardzo szczupła, brak masy na brzuchu i udach nadrabiała za to ślicznie ukształtowanym, nie za dużym biustem i pupą, która aż prosiła się o klapsa. - Martwiłam się, nie rób tak więcej.
Stali tak jeszcze przez chwilę, jak gdyby nigdy nic. Przyjemną chwilę przerwał dzwonek pralki, która skończyła wirowanie i w jednej chwili w głowie Kurta znów pojawił się chaos. Ciekawe, jak z pozoru banalne wydarzenie na kształt dzwonka w pralce może wpłynąć na ludzkie zachowanie. Kurt czuł się przez chwilę jak pies Pawłowa. Uspokój się człowieku, ona nie może wiedzieć.
"Może zobaczymy się dzisiaj wieczorem, co Ty na to? Muszę tu trochę posprzątać, załatwić parę spraw..."
- Jasne, tylko odezwij się, bo to wkurzające- powiedziała na odchodnym, po czym spokojnie wyszła z jego mieszkania. Już nic nie miało być takie, jak przedtem, ale Kurt nie mógł o tym wiedzieć.
Kurt
Dzień.
Brutalne światło wdarło się pod jego powieki. Bóg(czy w cokolwiek tam wierzył) mu świadkiem, że poranki wyzwalały z nim raczej negatywne emocje. Trzeba wstać, zrobić kawę, zjeść śniadanie, poszukać pracy. Na domiar złego, tej nocy miał dziwaczne sny, gonił człowieka, którego w ogóle nie znał, by w końcu dopaść go w samotnej, ciasnej i ciemnej uliczce i zarzucić metalową garotę na szyję. Pamiętał tylko niektóre szczegóły, na pewno padał wtedy deszcz. Na pewno nie działo się to w jego mieście. Bardziej przypominało to Rzym, albo Wenecję. Ciało zniknęło w rynsztoku. Wszystko było tak cholernie realistyczne! Nawet szczęk miażdżonego kręgosłupa i zapach krwi na rękach były jakoś podejrzanie znajome. Otworzył oczy, w nadziei, że światło nowego dnia nie przyprawi go znów o zawroty głowy, jak stało się ostatnio. Rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju, stara lampa leżała na ziemi, okno było otwarte. Tłuste zielone ściany wydawały się być jeszcze brudniejsze niż zwykle. Mieszkanie powoli zamieniało się w ruinę, być może czas wreszcie znaleźć dziewczynę- pomyślał, po czym uśmiechnął się sam do siebie. Ostanie kilka tygodni spędził ze swoją przyjaciółką nad morzem i choć nie był to wypad pierwsza klasa all inclusive, nie żałował ani jednego dnia spędzonego z Monicą- po raz pierwszy od kilku lat przekonał się wtedy, że w gruncie rzeczy kobiety wcale nie są czystym złem i czasami na prawdę ceni się ich pomoc. Rzucając okiem na mieszkanie- Monica byłaby tu niezbędna. Przetarł oczy zmęczonymi rękami, jakiś śpioch przylepił się do palca.
O kurwa!- wrzasnąłby, gdyby tylko mógł mówić. Na jego rękach była krew. Dużo krwi. Pościel też była nią całą ubazgrana. Czy to dalej sen?!- pomyślał przez chwilę. Na widok tej masakry coś nieprzyjemnie zawibrowało w żołądku, pobiegł do toalety, pocąc się jak mysz, po drodze staranował wieszak na płaszcze i kopnął w szafkę nocną; w zawrotnym tempie schylił się nad kiblem i puścił soczystego pawia. Gardło szczypało jak jasna cholera. Niepewnie podniósł głowę i spojrzał w lustro. Cała twarz była umorusana bordową, zaschniętą juchą. Od razu poszedł kolejny paw... Chwila wizualnego spokoju. W środku jednak myśli latały jak oszalałe. Jak?! Gdzie?! Kiedy?! Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań, wiedział tylko, że wydarzenia z ostatniej nocy bynajmniej nie były snem. A co, jeśli zaraz tu wejdzie policja?! Na pewno znaleźli zwłoki, zidentyfikowali odciski palców!
Złapał się za głowę i zaczął dreptać po łazience nerwowym krokiem. Zupełnie przypadkiem wyrwał z głowy kilka włosów. Mieszkanie, choć w totalnej rozsypce wydawało się obserwować poczynania właściciela ze stoickim spokojem, który przystoi tylko trzystuletniej kamienicy. Szybko umył ręce, wziął prysznic, zakrwawioną pościel wrzucił do prania. W międzyczasie wypił chyba z litr zimnego mleka, które powoli przeżywało kryzys wieku średniego, nie mógł pozwolić sobie na luksus w postaci kubka kawy, potrzebował czegoś zimnego- już.
Co się stało zeszłej nocy... nie... nie, nie, nie! Ktoś mnie wrabia, nie zabiłem, to nie ja, niemożliwe!
Spróbował wytężyć pracę swoich zwojów mózgowych, żeby przypomnieć sobie co działo się, zanim we "śnie" zaczął gonić ofiarę. Nic nie mógł sobie jednak przypomnieć. Próbując opanować drżenie rąk, ścisnął je na klatce piersiowej- tak jak kiedyś uczył go terapeuta, gdy czuł się zagrożony. Pan Milestone był bardzo rozsądnym człowiekiem, z pewnością wiedział co robi, gdy wziął pod opiekę Kurta. Był przez kilka lat jego prywatnym psychoterapeutą. Wystąpiła taka konieczność po strasznym "wypadku", którego świadkiem był Kurt. W wieku 14 lat przyszedł do domu i zastał swoich rodziców wiszących pod sufitem na grubych sznurach, ręce mieli związane z tyłu, matka miała już całkowicie bladą twarz, wyglądała jak porcelanowa laleczka. Ze swoimi ślicznymi, połyskującymi oczętami koloru indygo i różem na policzkach. Ojciec jeszcze żył, okazało się, że ma bardzo mocne mięśnie szyi, w końcu pracował na budowie od kiedy tylko Kurt pamiętał. Gdy tylko zobaczył swojego synka, zaczął miotać nogami na wszystkie strony, próbował też wykrztusić jakieś słowo, prawdopodobnie "Uciekaj", zważywszy na to, co działo się potem. Przez nerwowe miotanie się na linie, zanim Kurt w ogóle zdążył zareagować- ojciec skręcił sobie kark, co objawiło się nagłym niespodziewanym zwiotczeniem ciała, głuchym pstryknięciem kręgosłupa i potokiem krwi wylatującym z jego nosa na zafoliowaną podłogę. Kurt poczuł wtedy coś dziwnego i zarazem makabrycznego- jego gardło doznało nerwowego skurczu, który uniemożliwił mu komunikację werbalną ze światem w przyszłości. Zaraz potem dało się słyszeć krzyk z pokoju obok i kroki kilku mężczyzn przemierzających salon, Kurt stał jak wryty. Po chwili do salonu na czworaka weszła ciocia Lucy, była cała ubazgrana krwią, a na szyi, podobnie jak rodzice, miała grubą linę, która ciągnęła się aż do salonu.
- Kurt, uciekaj skarbie- to były jedyne słowa, które zdołała wykrztusić zanim jakiś chory mechanizm zaczął ciągnąć linę do salonu, powalając ciocię Lucy na plecy i wprowadzając jej ciało w dzikie, na pewno bolesne konwulsje.Gdy ciocia zniknęła za drzwiami, ciągnięta przez linę, Kurt uciekł. Przestał chodzić do szkoły, zamieszkał ze starszym bratem w ciasnej kawalerce na przedmieściach. Przez miesiące w ogóle nie wychodził z domu. Pogrzeb rodziców się nie odbył. Dom, tuż po incydencie został przez oprawców podpalony. Nikt nie wiedział kto za tym wszystkim stoi, oraz jaki miał interes w wymordowaniu jego rodziny, Kurt nie przysięgał sobie żadnej zemsty, jak to robią ludzie z filmów, którzy przeżywają jakąś traumę. Chciał po prostu normalnie żyć, zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w jego przeszłym życiu.
CDN.
Brutalne światło wdarło się pod jego powieki. Bóg(czy w cokolwiek tam wierzył) mu świadkiem, że poranki wyzwalały z nim raczej negatywne emocje. Trzeba wstać, zrobić kawę, zjeść śniadanie, poszukać pracy. Na domiar złego, tej nocy miał dziwaczne sny, gonił człowieka, którego w ogóle nie znał, by w końcu dopaść go w samotnej, ciasnej i ciemnej uliczce i zarzucić metalową garotę na szyję. Pamiętał tylko niektóre szczegóły, na pewno padał wtedy deszcz. Na pewno nie działo się to w jego mieście. Bardziej przypominało to Rzym, albo Wenecję. Ciało zniknęło w rynsztoku. Wszystko było tak cholernie realistyczne! Nawet szczęk miażdżonego kręgosłupa i zapach krwi na rękach były jakoś podejrzanie znajome. Otworzył oczy, w nadziei, że światło nowego dnia nie przyprawi go znów o zawroty głowy, jak stało się ostatnio. Rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju, stara lampa leżała na ziemi, okno było otwarte. Tłuste zielone ściany wydawały się być jeszcze brudniejsze niż zwykle. Mieszkanie powoli zamieniało się w ruinę, być może czas wreszcie znaleźć dziewczynę- pomyślał, po czym uśmiechnął się sam do siebie. Ostanie kilka tygodni spędził ze swoją przyjaciółką nad morzem i choć nie był to wypad pierwsza klasa all inclusive, nie żałował ani jednego dnia spędzonego z Monicą- po raz pierwszy od kilku lat przekonał się wtedy, że w gruncie rzeczy kobiety wcale nie są czystym złem i czasami na prawdę ceni się ich pomoc. Rzucając okiem na mieszkanie- Monica byłaby tu niezbędna. Przetarł oczy zmęczonymi rękami, jakiś śpioch przylepił się do palca.
O kurwa!- wrzasnąłby, gdyby tylko mógł mówić. Na jego rękach była krew. Dużo krwi. Pościel też była nią całą ubazgrana. Czy to dalej sen?!- pomyślał przez chwilę. Na widok tej masakry coś nieprzyjemnie zawibrowało w żołądku, pobiegł do toalety, pocąc się jak mysz, po drodze staranował wieszak na płaszcze i kopnął w szafkę nocną; w zawrotnym tempie schylił się nad kiblem i puścił soczystego pawia. Gardło szczypało jak jasna cholera. Niepewnie podniósł głowę i spojrzał w lustro. Cała twarz była umorusana bordową, zaschniętą juchą. Od razu poszedł kolejny paw... Chwila wizualnego spokoju. W środku jednak myśli latały jak oszalałe. Jak?! Gdzie?! Kiedy?! Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań, wiedział tylko, że wydarzenia z ostatniej nocy bynajmniej nie były snem. A co, jeśli zaraz tu wejdzie policja?! Na pewno znaleźli zwłoki, zidentyfikowali odciski palców!
Złapał się za głowę i zaczął dreptać po łazience nerwowym krokiem. Zupełnie przypadkiem wyrwał z głowy kilka włosów. Mieszkanie, choć w totalnej rozsypce wydawało się obserwować poczynania właściciela ze stoickim spokojem, który przystoi tylko trzystuletniej kamienicy. Szybko umył ręce, wziął prysznic, zakrwawioną pościel wrzucił do prania. W międzyczasie wypił chyba z litr zimnego mleka, które powoli przeżywało kryzys wieku średniego, nie mógł pozwolić sobie na luksus w postaci kubka kawy, potrzebował czegoś zimnego- już.
Co się stało zeszłej nocy... nie... nie, nie, nie! Ktoś mnie wrabia, nie zabiłem, to nie ja, niemożliwe!
Spróbował wytężyć pracę swoich zwojów mózgowych, żeby przypomnieć sobie co działo się, zanim we "śnie" zaczął gonić ofiarę. Nic nie mógł sobie jednak przypomnieć. Próbując opanować drżenie rąk, ścisnął je na klatce piersiowej- tak jak kiedyś uczył go terapeuta, gdy czuł się zagrożony. Pan Milestone był bardzo rozsądnym człowiekiem, z pewnością wiedział co robi, gdy wziął pod opiekę Kurta. Był przez kilka lat jego prywatnym psychoterapeutą. Wystąpiła taka konieczność po strasznym "wypadku", którego świadkiem był Kurt. W wieku 14 lat przyszedł do domu i zastał swoich rodziców wiszących pod sufitem na grubych sznurach, ręce mieli związane z tyłu, matka miała już całkowicie bladą twarz, wyglądała jak porcelanowa laleczka. Ze swoimi ślicznymi, połyskującymi oczętami koloru indygo i różem na policzkach. Ojciec jeszcze żył, okazało się, że ma bardzo mocne mięśnie szyi, w końcu pracował na budowie od kiedy tylko Kurt pamiętał. Gdy tylko zobaczył swojego synka, zaczął miotać nogami na wszystkie strony, próbował też wykrztusić jakieś słowo, prawdopodobnie "Uciekaj", zważywszy na to, co działo się potem. Przez nerwowe miotanie się na linie, zanim Kurt w ogóle zdążył zareagować- ojciec skręcił sobie kark, co objawiło się nagłym niespodziewanym zwiotczeniem ciała, głuchym pstryknięciem kręgosłupa i potokiem krwi wylatującym z jego nosa na zafoliowaną podłogę. Kurt poczuł wtedy coś dziwnego i zarazem makabrycznego- jego gardło doznało nerwowego skurczu, który uniemożliwił mu komunikację werbalną ze światem w przyszłości. Zaraz potem dało się słyszeć krzyk z pokoju obok i kroki kilku mężczyzn przemierzających salon, Kurt stał jak wryty. Po chwili do salonu na czworaka weszła ciocia Lucy, była cała ubazgrana krwią, a na szyi, podobnie jak rodzice, miała grubą linę, która ciągnęła się aż do salonu.
- Kurt, uciekaj skarbie- to były jedyne słowa, które zdołała wykrztusić zanim jakiś chory mechanizm zaczął ciągnąć linę do salonu, powalając ciocię Lucy na plecy i wprowadzając jej ciało w dzikie, na pewno bolesne konwulsje.Gdy ciocia zniknęła za drzwiami, ciągnięta przez linę, Kurt uciekł. Przestał chodzić do szkoły, zamieszkał ze starszym bratem w ciasnej kawalerce na przedmieściach. Przez miesiące w ogóle nie wychodził z domu. Pogrzeb rodziców się nie odbył. Dom, tuż po incydencie został przez oprawców podpalony. Nikt nie wiedział kto za tym wszystkim stoi, oraz jaki miał interes w wymordowaniu jego rodziny, Kurt nie przysięgał sobie żadnej zemsty, jak to robią ludzie z filmów, którzy przeżywają jakąś traumę. Chciał po prostu normalnie żyć, zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w jego przeszłym życiu.
CDN.
Uciekaj
Uciekaj ile sił w nogach przed samym sobą, jesteś chory, rozmawiasz ze ścianami. Słyszysz uderzenia swojego serca? Są tak niemiarowe i ciężkie, przypominają trzask łamanego dębu.
Uciekaj ile sił w nogach. Wchodzisz do ciemnego pokoju, po omacku szukając punktu oparcia, obijając się o stare babcine meble wypchane po brzegi kornikami, brodzisz w dziwacznej mazi bez nazwy.
Jej ręce...
Uciekaj ile sił w nogach- głos każe Ci biec, a Ty stoisz, jak wryty, czekając aż maź i Twoje ciało staną się jednością. Szukasz światła, gdzieś tu musi być jebany pstryczek. Wymachujesz rękami jak oszalały, nie ma już mebli, tylko maź i Ty. Przebierasz bezwładnie nogami, jak żuczek obrócony na "plecy"(?), bez perspektyw na odnalezienie pstryczka.
Jej włosy... Jej włosy tak pięknie pachną- pozbywasz się strachu.
Uciekaj ile sił w nogach. Nogi odmawiają posłuszeństwa, już za późno? Czujesz jak maź pokrywa już całe Twoje ciało, robi Ci się niedobrze na samą myśl, że to już koniec. Już nawet się nie miotasz, pstryczek pewnie teraz śmieje się z Twojej głupoty, pewnie nie jesteś pierwszy. Na pewno też nie ostatni.
Jej oczy...
Uciekaj ile sił w nogach. Wchodzisz do ciemnego pokoju, po omacku szukając punktu oparcia, obijając się o stare babcine meble wypchane po brzegi kornikami, brodzisz w dziwacznej mazi bez nazwy.
Jej ręce...
Uciekaj ile sił w nogach- głos każe Ci biec, a Ty stoisz, jak wryty, czekając aż maź i Twoje ciało staną się jednością. Szukasz światła, gdzieś tu musi być jebany pstryczek. Wymachujesz rękami jak oszalały, nie ma już mebli, tylko maź i Ty. Przebierasz bezwładnie nogami, jak żuczek obrócony na "plecy"(?), bez perspektyw na odnalezienie pstryczka.
Jej włosy... Jej włosy tak pięknie pachną- pozbywasz się strachu.
Uciekaj ile sił w nogach. Nogi odmawiają posłuszeństwa, już za późno? Czujesz jak maź pokrywa już całe Twoje ciało, robi Ci się niedobrze na samą myśl, że to już koniec. Już nawet się nie miotasz, pstryczek pewnie teraz śmieje się z Twojej głupoty, pewnie nie jesteś pierwszy. Na pewno też nie ostatni.
Jej oczy...
Cry me a river
Now you say you're lonely,
You cry the long night thru.
Well you can cry me a river,
Cry me a river
I cried a river over you.
You cry the long night thru.
Well you can cry me a river,
Cry me a river
I cried a river over you.
Czy ważne jest ile czasu poświęcamy na przystosowanie się do panujących warunków? Ważne jest, ile czasu zmarnujemy na bezsensowne przystosowywanie środowiska do siebie. Udając, że wpadło nam coś do oka, płaczemy po cichu, nasyceni dumą...
czwartek, 4 sierpnia 2011
Piątkowe Pierogi
Dudnią struny, pulsują obolałe i zdarte palce, wydobywam kolejny dźwięk- tak! To jest ten dźwięk! E-G-A-A#-B-C# tyle, że 5 razy szybciej, niż to czytasz. Robi się mocne, nieokiełznane, ale na swój sposób harmoniczne. Ciach, ciach, pryma, tercja mała, flażolet, pięknie i bezbłędnie. Oto wstaję, zakładam pasek na ramię, przecież muszę to ogarnąć na stojąco!
5 minut później...
Dobrze, jest dobrze, struny co prawda do dupy i mostek gibie się jak popierdolony, ale jara mnie granie na rozsypującym się wiośle. Piątkowe Pierogi u pani Marysi tworzą w mojej głowie straszny burdel, bo ciągle jakoś tak nieswojo mi się wpraszać na czyjś obiad, mimo zaproszenia, ale chyba się przełamię, w końcu nie idę tam sam.
Jestem, cały czas jestem, trwam, nie boję się zmian.
5 minut później...
Dobrze, jest dobrze, struny co prawda do dupy i mostek gibie się jak popierdolony, ale jara mnie granie na rozsypującym się wiośle. Piątkowe Pierogi u pani Marysi tworzą w mojej głowie straszny burdel, bo ciągle jakoś tak nieswojo mi się wpraszać na czyjś obiad, mimo zaproszenia, ale chyba się przełamię, w końcu nie idę tam sam.
Jestem, cały czas jestem, trwam, nie boję się zmian.
Subskrybuj:
Posty (Atom)