Dudnią struny, pulsują obolałe i zdarte palce, wydobywam kolejny dźwięk- tak! To jest ten dźwięk! E-G-A-A#-B-C# tyle, że 5 razy szybciej, niż to czytasz. Robi się mocne, nieokiełznane, ale na swój sposób harmoniczne. Ciach, ciach, pryma, tercja mała, flażolet, pięknie i bezbłędnie. Oto wstaję, zakładam pasek na ramię, przecież muszę to ogarnąć na stojąco!
5 minut później...
Dobrze, jest dobrze, struny co prawda do dupy i mostek gibie się jak popierdolony, ale jara mnie granie na rozsypującym się wiośle. Piątkowe Pierogi u pani Marysi tworzą w mojej głowie straszny burdel, bo ciągle jakoś tak nieswojo mi się wpraszać na czyjś obiad, mimo zaproszenia, ale chyba się przełamię, w końcu nie idę tam sam.
Jestem, cały czas jestem, trwam, nie boję się zmian.
:))
OdpowiedzUsuńBabcia Marysia rulez.
Zatem pójdziemy? o taaak, pójdźmy. najedzmy się do syta xD
pierogi.
cholera jasna.
jak to brzmi xD
[a zaczęło się od gwoździ w dęszczu..]