trwa inicjalizacja, prosze czekac...forum Medyczne

piątek, 28 października 2011

Trudny chłopiec

Ptaki poderwały się do lotu, moje serce na chwilę zamarło. Czy gdy ptaki spadną, moje serce wzleci?- pomyślałem instynktownie łącząc mdłe i nietrzeźwe myśli, Są dni lepsze, gdy dystans przychodzi sam, są też dni średnie, gdy muszę szukać tej swojej przestrzeni; są też niestety te złe, złe dni. Dni, w których krytyka nabiera mocy obelgi, a sukces jest jedynie obietnicą rzuconą przez nieodpowiedzialne dziecko na wiatr. Nie istnieje możliwość racjonalnego opisania dzisiejszego stanu rzeczy, ale i tak spróbuję.
W słuchawkach leciała solówka z "Hysterii" Muse'a, mam to gdzieś, co o niej myślisz- dla mnie jest magiczna. Przez głowę, niczym nieuchronna fala przypływu przelewała się gorycz i mgliste wyobrażenie, że jestem wyjątkowym, trudnym chłopcem. Nie mężczyzną- chłopiec to odpowiednie określenie. Chcę się z kimś podzielić tym, jak się dzisiaj czuję, wieczorem zadzwonię do mamy. Co się, do cholery, dzieje?! Wszystko jest niby ok, ale coś nie daje mi spokoju, sny już mnie nie dziwią, wszystkie są jak najbardziej wytłumaczalne.
Siedząc na przystanku w gronie ćwierkających wesoło dziewczyn z mojego kierunku, patrząc w ich wygłodniałe oczy, stwierdziłem, że za czymś, lub za kimś tęsknię, strasznie tęsknię.
Dzisiaj nie będę waszym Gumisiem, nie. Nawet Jej głos w telefonie nie był w stanie mnie uspokoić. Potem przyszedł czas na powrót do domu, chcę to zrobić w samotności.
"Sorry, drogie panie, z pełnym żalem stwierdzam, że jadę już, muszę coś załatwić, miłego weekendu!"
Tym razem bez buziaków ani żadnego przytulania- pomyślałem, wsiadłem do tramwaju. W oczach jednej z nich dostrzegłem cień zrozumienia, jakby wiedziała, co dokładnie teraz czuję, jakby potrafiła mi pomóc- właśnie z nią mógłbym dzisiaj wracać, zapamiętam- jest warta uwagi!
Wiem doskonale, co czeka mnie po korepetycjach(jakoś trzeba zarobić na czynsz)- powrót do hałaśliwego trybu życia mojej blond piękności tylko na wyłączność. Mojej. Nie udaję żadnego męczennika, w gruncie rzeczy wcale mi się dobrze układa. Po prostu gorszy dzień- jak to mawiamy:
Raz na wozie, raz pod wozem; raz pod ziemią.

piątek, 7 października 2011

Bezwględnie nieobecny

Przeniosłem się cały do nowego świata, zabrałem spory bagaż wspomnień i doświadczeń, nie wiadomo, kiedy mi się przyda. Przepędzam mgłę, która osnuwa ten niepewny, ulotny sen o dorosłości. Anioł powrócił, jej skrzydła wydają się jeszcze bielsze, niż dawniej, jej oblicze znacznie bladsze i przeorane rysami życia. Nie błysnęła blaskiem w chwili naszego spotkania, nie było żadnych fajerwerków, nie było wina, czerwonych płatków róż ani srebrnego księżyca na niebie. Nie było w tym nic nieziemskiego, oprócz nas. Na kilka chwil niebo rozłożyło dla nas swoje ramiona a gwiazdy zaczęły skakać po nim jak szalone. Poza tym, że życie jest cięższe i na pewno wymaga stukrotnego zastanowienia przed każdą podjętą decyzję, wszystko idzie swoim jednostajnym, pewnym i niezmiennym torem. Niektóre rzeczy stoją, jak pociąg na stacji, prawie gotowe na odjazd, tylko czekają jeszcze na ostatni przegląd techniczny, przed swoją długą drogą. Cała reszta mozolnie zmierza pod górkę, albo zatacza krąg i wraca na dworzec(tak, porażki też się zdarzają). Uwolniłem się od kilku spraw, które w dawnym miejscu zamieszkania nie dałyby mi spokojnie myśleć, ale teraz, kiedy jestem tak daleko od niektórych źródełek bólu i troski- wszystko nabiera sensu. Przy pisaniu symfonii ważne jest, aby ostatnia nuta, bez względu na wartość zamykała takt, wtedy(oczywiście biorąc pod uwagę odpowiednią wysokość i brzmienie dźwięków) wszystko składa się w spójną całość. Tworzę w C, lub czasami w E, żeby było prościej dobrać skalę. Czasami w życiu rezygnujemy z wysokiego C, bo zbyt trudne jest w nim ułożenie systematycznej skali, a potem odegranie jej. Kiedy tylko mogę, celuję wysoko, czasami piano, czasami forte, czasami staccato, czasami dzikie crescendo- takie jest życie. Raz szesnastki, raz całości. Jestem bezwzględnie nieobecny i zarazem skrajnie będący.

środa, 31 sierpnia 2011

Wolność

Wolność względna- już jutro zacznę żyć w zupełnie innym toku, to nowe życie wydaje się być bardzo kuszące.
W tym strasznym zamęcie pakuję się na dłuuugi wyjazd daleko stąd. Już jutro. Już jutro moje życie ulegnie kolejnej zmianie. Nie mogę się doczekać

niedziela, 28 sierpnia 2011

Homo sapiens

Walczymy ze swoimi demonami, które ukazują nasze wszystkie słabości, które w chwilach zagubienia pokazują, jak cholernie niezdecydowani i bezradni jesteśmy. Walczymy z tęsknotą za dawnymi miłościami, przygodami, walczymy z bezgranicznym poczuciem, że kolejne lata naszego życia będą nas zmuszać do staczania się ciągle w dół. Ciągle w dół. Walczymy z wszechogarniającym nas strachem przed przyszłością, walczymy ze swoją niepewnością i z każdym swoim małym, czy też większym lękiem. Szukamy akceptacji wśród rówieśników, nie mogąc jej znaleźć- stajemy się samotni, zamykamy się na świat. Czasami jednak pojawia się w tym egipskim mroku mała iskierka, która daje nam nadzieję, że może jednak wygrzebiemy się z grobowca. Mała iskierka, która napędza nas do dalszego działania, która mówi nam "ogarnij się, trzeba iść dalej". Życie na poziomie jednostki jest bezcelowe- w końcu rodzimy się, pracujemy, umieramy, bez żadnego sensu i perspektyw na dalsze wydarzenia. Czy boimy się śmierci, czy raczej tego, że po śmierci najzwyczajniej przestaniemy istnieć? Czy istnieje jakaś, jakakolwiek forma życia pośmiertnego? A co, jeśli ogarnie nas pustka? Stracimy świadomość, stracimy byt. Nie jest przerażające to wszystko? Jest, jak jasna cholera. Życie to nie gra, w której możemy wcisnąć "restart", gdy coś nam nie wyjdzie(choć fajnie by było, gdyby tak to działało). A może po śmierci idziesz do miejsca, w które wierzysz?
Nieważne, odbiegam od tematu.
Patrząc z perspektywy czasu- ma sens życie na poziomie społeczeństwa, i tylko jako społeczeństwo możemy osiągnąć coś więcej. Ludzie- to prawdopodobnie najbardziej pazerna, pyszna, zdradliwa rasa w całym wszechświecie, ale wierzę też, że najsprytniejsza i w obliczu zagrożenia- najlepiej zorganizowana. Żyjemy w tym świecie, który dla nas wybrano, to nie przypadek. Nie wierzę co prawda w gadkę szmatkę o Bogu, ale skoro już tu jesteśmy- zróbmy coś dla wspólnego dobra, spójrzcie na mrówki- nie mają mózgów a są tak zajebiście zorganizowane i uporządkowane, ale wszystkie ich zachowania są przewidywalne, one są identyczne z wzorcem. Jesteśmy indywidualni, unikatowi i zupełnie inni, to jest piękne; jako społeczeństwo natomiast, jesteśmy niesamowitą mieszanką kulturową i etniczną, jako społeczeństwo jesteśmy jednym, wielkim supermózgiem, którego pamięć operacyjna liczona będzie w yottabajtach albo nawet nie wymyślono jeszcze takiego przedrostka systematycznego! Życie na poziomie społeczeństwa ma sens(seems legit:D), wyobraźmy sobie współpracę wszystkich narodów, społeczeństwo ludzkie sięgające gwiazd, niesamowity postęp naukowy i kulturowy(dowodem może być szybki boom naukowy w połowie 19 wieku, gdy powstawały stowarzyszenia naukowe- im nas więcej, tym więcej wiemy!). Wyobraźmy sobie standard życia, jaki może nam zaoferować życie dla wspólnego celu. Społeczeństwo, jako jeden wielki mechanizm, gdzie każdy maleńki komponent jest absolutnie niezbędny, zadbany i szanowany, gdzie każdy komponent jest unikatowy, indywidualny można powiedzieć. Jesteśmy do tego zdolni, jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, kiedy współpracujemy, jesteśmy homo sapiens.

środa, 24 sierpnia 2011

Kurt cz.2

Krótki, urywany dzwonek do drzwi wyrwał go z letargu. Policja, już po mnie. Kurwa. Szybko sprawdził, czy są jeszcze jakieś krwawe ślady w zasięgu wzroku, poprawił w biegu lampę, która leżała na podłodze. Dlaczego lampa leżała na podłodze? Zerknąłby w judasza dla pewności, niestety poprzedni lokator był nawiedzonym miłośnikiem feng-shui, judasz źle mu wpływał na przepływ Chi, czy czegoś tam takiego, dlatego został załatany. Element zaskoczenia. Kolejny dzwonek do drzwi, jego serce zaczęło bić jeszcze szybciej, teraz przypominało bieg geparda, albo, co gorsza rozpadający się silnik Harleya. Pociągnął za klamkę, przełknął ślinę i odchylił drzwi... Za nimi ukazała się znajoma twarz- Monica, jej uśmiech zaskoczył nieco Kurta i zarazem bardzo go uspokoił. To taki rodzaj uśmiechu, jaki widzi się w chwilach spełnienia, lub podczas wspólnego pobytu w kawiarni, chwili ciszy we dwoje, albo po wręczeniu komuś prezentu, bardzo kojący. Co ona tu robi? To nie jest dobry moment... Monica bez wahania weszła do środka i przytuliła mocno Kurta, dając mu jednoznacznego buziaka w policzek. "Monica, to nie jest dobry moment"- powiedział gestykulując w języku migowym.
- Coś się stało?- Monica szybko oderwała się od niego i spojrzała prosto w jego oczy z niepokojem, jej twarz była tak cudownie dojrzała a zarazem tak niewinna, nie potrafiła maskować uczuć, paradoksalnie, miała też duże problemy z ich okazywaniem.- Kurt, chciałam z Tobą porozmawiać, ale nie mogłam się do Ciebie dodzwonić.- spojrzała pytająco.
"Musiałem trochę odsapnąć, miałem fatalny tydzień"- wyjaśnił wzruszając na koniec ramionami
- Ok, rozumiem, ale to nie powód, żeby się odcinać od świata. A jakby coś się stało?- Monica była nieco podenerwowana, jej spojrzenie pokazywało gniew, po chwili jednak rozchmurzyła się i zupełnie niespodziewanie jeszcze raz przylgnęła do niego całym ciałem. Nie dało się ukryć, było to bardzo przyjemne, zwłaszcza ze względu na jej niesamowicie powabne kształty. Jeśli można by było opisać anioła skrzyżowanego z demonem seksu jednym słowem, z pewnością byłoby to właśnie jej imię. Miała kruczoczarne włosy zaplecione w kok z tyłu głowy, była średniego wzrostu, jej blado srebrzysta cera kontrastowała nieco z zielonymi jak świerk oczyma. Pełne usta kusiły jak jasna cholera, ale przecież Kurt obiecał sobie, że nie zaprzepaści tej relacji. Czasami, gdy z nią przebywał sam na sam, mieli romantyczne i nieco dwuznaczne momenty, ale zawsze w porę Kurt wycofywał się na znaną sobie pozycję obserwatora i słuchacza. Mówiąc o jej figurze, można stwierdzić, że pewnie jest baletnicą, albo tancerką, była bardzo szczupła, brak masy na brzuchu i udach nadrabiała za to ślicznie ukształtowanym, nie za dużym biustem i pupą, która aż prosiła się o klapsa. - Martwiłam się, nie rób tak więcej.
Stali tak jeszcze przez chwilę, jak gdyby nigdy nic. Przyjemną chwilę przerwał dzwonek pralki, która skończyła wirowanie i w jednej chwili w głowie Kurta znów pojawił się chaos. Ciekawe, jak z pozoru banalne wydarzenie na kształt dzwonka w pralce może wpłynąć na ludzkie zachowanie. Kurt czuł się przez chwilę jak pies Pawłowa. Uspokój się człowieku, ona nie może wiedzieć.
"Może zobaczymy się dzisiaj wieczorem, co Ty na to? Muszę tu trochę posprzątać, załatwić parę spraw..."
- Jasne, tylko odezwij się, bo to wkurzające- powiedziała na odchodnym, po czym spokojnie wyszła z jego mieszkania. Już nic nie miało być takie, jak przedtem, ale Kurt nie mógł o tym wiedzieć.

Kurt

Dzień.
Brutalne światło wdarło się pod jego powieki. Bóg(czy w cokolwiek tam wierzył) mu świadkiem, że poranki wyzwalały z nim raczej negatywne emocje. Trzeba wstać, zrobić kawę, zjeść śniadanie, poszukać pracy. Na domiar złego, tej nocy miał dziwaczne sny, gonił człowieka, którego w ogóle nie znał, by w końcu dopaść go w samotnej, ciasnej i ciemnej uliczce i zarzucić metalową garotę na szyję. Pamiętał tylko niektóre szczegóły, na pewno padał wtedy deszcz. Na pewno nie działo się to w jego mieście. Bardziej przypominało to Rzym, albo Wenecję. Ciało zniknęło w rynsztoku. Wszystko było tak cholernie realistyczne! Nawet szczęk miażdżonego kręgosłupa i zapach krwi na rękach były jakoś podejrzanie znajome. Otworzył oczy, w nadziei, że światło nowego dnia nie przyprawi go znów o zawroty głowy, jak stało się ostatnio. Rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju, stara lampa leżała na ziemi, okno było otwarte. Tłuste zielone ściany wydawały się być jeszcze brudniejsze niż zwykle. Mieszkanie powoli zamieniało się w ruinę, być może czas wreszcie znaleźć dziewczynę- pomyślał, po czym uśmiechnął się sam do siebie. Ostanie kilka tygodni spędził ze swoją przyjaciółką nad morzem i choć nie był to wypad pierwsza klasa all inclusive, nie żałował ani jednego dnia spędzonego z Monicą- po raz pierwszy od kilku lat przekonał się wtedy, że w gruncie rzeczy kobiety wcale nie są czystym złem i czasami na prawdę ceni się ich pomoc. Rzucając okiem na mieszkanie- Monica byłaby tu niezbędna. Przetarł oczy zmęczonymi rękami, jakiś śpioch przylepił się do palca.
O kurwa!- wrzasnąłby, gdyby tylko mógł mówić. Na jego rękach była krew. Dużo krwi. Pościel też była nią całą ubazgrana. Czy to dalej sen?!- pomyślał przez chwilę. Na widok tej masakry coś nieprzyjemnie zawibrowało w żołądku, pobiegł do toalety, pocąc się jak mysz, po drodze staranował wieszak na płaszcze i kopnął w szafkę nocną; w zawrotnym tempie schylił się nad kiblem i puścił soczystego pawia. Gardło szczypało jak jasna cholera. Niepewnie podniósł głowę i spojrzał w lustro. Cała twarz była umorusana bordową, zaschniętą juchą. Od razu poszedł kolejny paw... Chwila wizualnego spokoju. W środku jednak myśli latały jak oszalałe. Jak?! Gdzie?! Kiedy?! Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań, wiedział tylko, że wydarzenia z ostatniej nocy bynajmniej nie były snem. A co, jeśli zaraz tu wejdzie policja?! Na pewno znaleźli zwłoki, zidentyfikowali odciski palców!
Złapał się za głowę i zaczął dreptać po łazience nerwowym krokiem. Zupełnie przypadkiem wyrwał z głowy kilka włosów. Mieszkanie, choć w totalnej rozsypce wydawało się obserwować poczynania właściciela ze stoickim spokojem, który przystoi tylko trzystuletniej kamienicy. Szybko umył ręce, wziął prysznic, zakrwawioną pościel wrzucił do prania. W międzyczasie wypił chyba z litr zimnego mleka, które powoli przeżywało kryzys wieku średniego, nie mógł pozwolić sobie na luksus w postaci kubka kawy, potrzebował czegoś zimnego- już.
Co się stało zeszłej nocy... nie... nie, nie, nie! Ktoś mnie wrabia, nie zabiłem, to nie ja, niemożliwe!
Spróbował wytężyć pracę swoich zwojów mózgowych, żeby przypomnieć sobie co działo się, zanim we "śnie" zaczął gonić ofiarę. Nic nie mógł sobie jednak przypomnieć. Próbując opanować drżenie rąk, ścisnął je na klatce piersiowej- tak jak kiedyś uczył go terapeuta, gdy czuł się zagrożony. Pan Milestone był bardzo rozsądnym człowiekiem, z pewnością wiedział co robi, gdy wziął pod opiekę Kurta. Był przez kilka lat jego prywatnym psychoterapeutą. Wystąpiła taka konieczność po strasznym "wypadku", którego świadkiem był Kurt. W wieku 14 lat przyszedł do domu i zastał swoich rodziców wiszących pod sufitem na grubych sznurach, ręce mieli związane z tyłu, matka miała już całkowicie bladą twarz, wyglądała jak porcelanowa laleczka. Ze swoimi ślicznymi, połyskującymi oczętami koloru indygo i różem na policzkach. Ojciec jeszcze żył, okazało się, że ma bardzo mocne mięśnie szyi, w końcu pracował na budowie od kiedy tylko Kurt pamiętał. Gdy tylko zobaczył swojego synka, zaczął miotać nogami na wszystkie strony, próbował też wykrztusić jakieś słowo, prawdopodobnie "Uciekaj", zważywszy na to, co działo się potem. Przez nerwowe miotanie się na linie, zanim Kurt w ogóle zdążył zareagować- ojciec skręcił sobie kark, co objawiło się nagłym niespodziewanym zwiotczeniem ciała, głuchym pstryknięciem kręgosłupa i potokiem krwi wylatującym z jego nosa na zafoliowaną podłogę. Kurt poczuł wtedy coś dziwnego i zarazem makabrycznego- jego gardło doznało nerwowego skurczu, który uniemożliwił mu komunikację werbalną ze światem w przyszłości. Zaraz potem dało się słyszeć krzyk z pokoju obok i kroki kilku mężczyzn przemierzających salon, Kurt stał jak wryty. Po chwili do salonu na czworaka weszła ciocia Lucy, była cała ubazgrana krwią, a na szyi, podobnie jak rodzice, miała grubą linę, która ciągnęła się aż do salonu.
- Kurt, uciekaj skarbie- to były jedyne słowa, które zdołała wykrztusić zanim jakiś chory mechanizm zaczął ciągnąć linę do salonu, powalając ciocię Lucy na plecy i wprowadzając jej ciało w dzikie, na pewno bolesne konwulsje.Gdy ciocia zniknęła za drzwiami, ciągnięta przez linę, Kurt uciekł. Przestał chodzić do szkoły, zamieszkał ze starszym bratem w ciasnej kawalerce na przedmieściach. Przez miesiące w ogóle nie wychodził z domu. Pogrzeb rodziców się nie odbył. Dom, tuż po incydencie został przez oprawców podpalony. Nikt nie wiedział kto za tym wszystkim stoi, oraz jaki miał interes w wymordowaniu jego rodziny, Kurt nie przysięgał sobie żadnej zemsty, jak to robią ludzie z filmów, którzy przeżywają jakąś traumę. Chciał po prostu normalnie żyć, zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w jego przeszłym życiu.
CDN.



Uciekaj

Uciekaj ile sił w nogach przed samym sobą, jesteś chory, rozmawiasz ze ścianami. Słyszysz uderzenia swojego serca? Są tak niemiarowe i ciężkie, przypominają trzask łamanego dębu.
Uciekaj ile sił w nogach. Wchodzisz do ciemnego pokoju, po omacku szukając punktu oparcia, obijając się o stare babcine meble wypchane po brzegi kornikami, brodzisz w dziwacznej mazi bez nazwy.
Jej ręce...
Uciekaj ile sił w nogach- głos każe Ci biec, a Ty stoisz, jak wryty, czekając aż maź i Twoje ciało staną się jednością. Szukasz światła, gdzieś tu musi być jebany pstryczek. Wymachujesz rękami jak oszalały, nie ma już mebli, tylko maź i Ty. Przebierasz bezwładnie nogami, jak żuczek obrócony na "plecy"(?), bez perspektyw na odnalezienie pstryczka.
Jej włosy... Jej włosy tak pięknie pachną- pozbywasz się strachu.
Uciekaj ile sił w nogach. Nogi odmawiają posłuszeństwa, już za późno? Czujesz jak maź pokrywa już całe Twoje ciało, robi Ci się niedobrze na samą myśl, że to już koniec. Już nawet się nie miotasz, pstryczek pewnie teraz śmieje się z Twojej głupoty, pewnie nie jesteś pierwszy. Na pewno też nie ostatni.
Jej oczy...

Cry me a river

Now you say you're lonely,
You cry the long night thru.
Well you can cry me a river,
Cry me a river
I cried a river over you.

Czy ważne jest ile czasu poświęcamy na przystosowanie się do panujących warunków? Ważne jest, ile czasu zmarnujemy na bezsensowne przystosowywanie środowiska do siebie. Udając, że wpadło nam coś do oka, płaczemy po cichu, nasyceni dumą...


czwartek, 4 sierpnia 2011

Piątkowe Pierogi

Dudnią struny, pulsują obolałe i zdarte palce, wydobywam kolejny dźwięk- tak! To jest ten dźwięk! E-G-A-A#-B-C# tyle, że 5 razy szybciej, niż to czytasz. Robi się mocne, nieokiełznane, ale na swój sposób harmoniczne. Ciach, ciach, pryma, tercja mała, flażolet, pięknie i bezbłędnie. Oto wstaję, zakładam pasek na ramię, przecież muszę to ogarnąć na stojąco!
5 minut później...
Dobrze, jest dobrze, struny co prawda do dupy i mostek gibie się jak popierdolony, ale jara mnie granie na rozsypującym się wiośle. Piątkowe Pierogi u pani Marysi tworzą w mojej głowie straszny burdel, bo ciągle jakoś tak nieswojo mi się wpraszać na czyjś obiad, mimo zaproszenia, ale chyba się przełamię, w końcu nie idę tam sam.
Jestem, cały czas jestem, trwam, nie boję się zmian.

środa, 27 lipca 2011

Papuso!

Chyba na chwilę(mam nadzieję, że na dłuższą chwilę) znalazłem swoje potrzaskane dawno temu ego. Nie wygląda już tak kusząco, jak kiedyś, dopiero teraz widzę na nim tyle głupich słabości i zadrapań, których wcześniej nie zauważałem. Teraz? Wiem kim jestem. Jestem tym, kim chcę być. Oby tak było zawsze, mam tyle miłości i śmiechu do rozdania, tyle pewności siebie do pokazania i dwa razy więcej weny oraz chęci na cokolwiek związanego z moją nałogową pasją! Kocham Cię życie! Kocham Vermouth i kocham was ludzie, choć czasami jesteście nie do ogarnięcia i pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Kocham Muzykę, kocham Bezpardonową Istotę i nareszcie jestem sobą, już się nie boję o to, że będę musiał cokolwiek udawać, bo nareszcie wiem, że to co robię- jest dla mnie czymś naturalnym, jak oddychanie. Może i nie wzbudzam zaufania na pierwszy rzut oka jak co niektórzy, może nie jestem atrakcyjnym samcem w sile wieku i może nie umiem rozmawiać z ludźmi, jakbym się z nimi znał od zawsze, mam to gdzieś- jestem sobą!
Jupi!

wtorek, 19 lipca 2011

St-rzała

Stawiam cel- dążę do spełnienia, nieważne kto, co i gdzie staną na przeszkodzie- albo staranuję, albo pociągnę za sobą. Nic mnie mnie zatrzyma, bo decyzja została już podjęta. Mijają dni nieustannej walki o efekt, każdy zbliża mnie do zwycięstwa, czasami ponoszę porażki- owszem. Porażki przekuwam w cenne lekcje i nakręcam się nimi jak perpetuum mobile, trzeba w końcu nadrobić straty po każdej przegranej. Mogą mnie opluć, zjeść i zmieszać z błotem, a to tylko jeszcze bardziej mnie nakręci.
Reguła jest jedna- jeśli nie umiesz znaleźć motywacji w pozytywnych rezultatach ciężkiej pracy- znajduj ją w rezultatach negatywnych, bo to one będą przeważać w Twoim życiu. Chyba zaczynam chwytać o co w tym wszystkim chodzi.

piątek, 1 lipca 2011

Conclusion?

Inconsistent sound's sustaining in my head. Stretched images vis-a-vis my eyes. I see no point in this forlorn struggle, insane uphill race just to get more attention in this realm. Although still I try, still I fight to be the one and only. As my preceptor once said: "We're not looking for the answers, because they're all around us. We're looking for the appropriate questions". And so I seek those

środa, 29 czerwca 2011

Cztery ściany

Coś jest w tych snach, skoro wciąż codzienność jest ich odzwierciedleniem. "Jestem w szpitalu"- nie ogarnęło mnie przerażenie, raczej smutek, że jednak coś się spartoliło. Panowie w kiltach biegają zaniepokojeni a ona siedzi i czeka w agonii. Jak zwykle spokojna na powierzchni i ironicznie nastawiona do świata i sytuacji. Być może faktycznie zadaję za mało pytań, przekonany, że wszystko jest w porządku. W gruncie rzeczy pytań jest mnóstwo, tylko większość z nich, jak na ironię, uznaję za "niestosowne". Kroczę po pokoju, co chwila chwytam gitarę myśląc, że to pomoże mi trochę odwlec myśli od obecnej sytuacji. Bez skutku- w rezultacie siedzę a struny milczą, tak jak ona milczy, gdy nie pytam. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, nie łączę się z nią w cierpieniu, jedynie wkurwiam się, że nie potrafię jej pomóc. Cztery ściany pewnie ją właśnie wykańczają, a ja po prostu trwam- nie wiedząc, co robić, nie wiedząc, gdzie postawić nogę za chwilę. Bezradność? W połączeniu z brakiem jakiejkolwiek motywacji. Przejdzie jutro. Będę zupełnie inny, każdego dnia moje nastawienie ulega radykalnej zmianie. Dość na dziś, jestem zmęczony nie robieniem niczego, to znak, że czas na brzuszki.

niedziela, 29 maja 2011

Being

Piękna pogoda. Właśnie:D Już się o nic nie martwię, co będzie, to będzie. Jak nie tutaj, to gdzie indziej.
"Gdzie się pchasz, jako Kuba?" Ta Kuba pcha się gdzie bądź. Gdzie znajdę przestrzeń, żeby zaistnieć, tam robię harmider i istnieję. Jak przestrzeni nie znajdę- trzeba kogoś wyrzucić i się wtrynić- proste. Może łopatologicznie, ale najefektywniej. Ostatnio mało myślę, co zresztą odbija się na tym blogu, jako puste dni bez postów. Na Latającego Potwora Spagetthi! Czy trzeba pisać codziennie? Tęsknię za taką jedną popieprzoną istotą, która ostatnio wbiła chamską flagę ze swoim imieniem w mój życiorys. Ona też lubi zaistnieć. Tak- istniejesz istoto, choć niematerialnie, bardzo cichutko i niepewnie- istniejesz i wzbudzasz zainteresowanie moich myśli-myśliwców. Jasne, że bym chętnie widział Cię na pierwszym miejscu, ale przecież duma nie pozwala Ci wskoczyć sprytnie na podium i zająć godną pozycję. Tęsknię też za aniołem, co dzisiaj na szczęście załagodziłem. Ona tęskni za mną, jesteśmy wreszcie na przyjacielskie "Ty", a nie formalne "Cześć, cześć". Rozmowa wiele zmienia, rozmowa o pierdołach. Widzę, że jest szczęśliwa, że daje sobie radę bez problemu i to mnie bardzo podnosi na duchu- zawsze była dzielna. No i jest jeszcze niebieska fretka, która o dziwo wzbudza we mnie niesamowitą sympatię od pewnego czasu. Jak to się dzieje, że ludzie wpływają mentalnie na moje postrzeganie świata, nawet nie muszę z nimi gadać... Może to się dzieje w nocy? Kto wie, nie budzę się z namiotem codziennie:D:D
Chcę się troszkę ustabilizować emocjonalnie, chociaż troszeczkę. Jakąś jasność tam w tym ciemnym tunelu załapać, być tym filarem, czy coś... Istota popieprzona daje mi mglistą nadzieję, że będę mógł się zagnieździć w jej miejscach i trochę tam harmideru zrobić. Istoto! Dlaczego Cię tutaj tak mało!?

Ego Dies

Where's the border? Where the Ego dies?
On my skin or within the body... No matter what they say and do- Ego fades away into shades of Nocturne. This night my Ego exploded into pieces, somewhere else the pieces were taken and they turned to dust. Between my skin and my bloodstream, a parasite there is. I do really bow before it, for it's the only slice of Ego that's left...
Where are ME. Inside You. Surely is.

niedziela, 22 maja 2011

Wariatka i Polne Kwiaty

W szalonym korowodzie tłoczymy swoje imię, nasze imię. Jak się nazywamy? Afisz niewskazany, ale zawsze lepiej, żeby ktoś wiedział- Ona moja, On mój. Tłum jak polne kwiaty buja się w rytm chorej muzyki, gdzie ja jestem? Polnym kwiatom urywam głowy, wybiegam na czystą przestrzeń, chcąc, nie chcąc- wrzeszczę całym sobą. Co chwila telefon- gdzie jesteś? Co robisz? Z kim rozmawiam? Po ile jest tutaj wino?
NIE WIEM. Potrzebuję ciszy, właśnie w chwili orgiastycznego pandemonium rozgrywającego się przed moimi oczyma. 'łooooł'- Ktoś krzyknie z tyłu, wszyscy gwiżdżą- gwiżdżę(gwizdam?) i ja. Zjadłbym coś, najlepiej jakąś wariatkę. Gdzie jest wariatka? Oczywiście przed wejściem do "Malucha'- stałe miejsce spotkań, gdzie spędziła całą imprezę zagadywana przez polne kwiaty. Idę w jej kierunku, spostrzegła mnie. Zagram- myślę. Zagram twardziela. Nie zauważyłem, że gdy tylko dostrzegły mnie jej oczy, całe jej ciało odcięło się od polnych kwiatów, czekając co powiem. Nie mówię nic, uśmiech na twarz, jak zwykle Sex Drugs and Rock&Roll! Nawet mi się to udzieliło, bo po chwili traktowałem ją już jak zajebistą psiapsiułę, która po prostu trochę się spiła i teraz eksponuje swoje walory. Trącenie w bark- to Jorguś, nabity jak strzelba, spragniony adrenaliny. Co z nim zrobić? Oczywiście, że się napijemy, w końcu jestem na imprezie.
- Daj mi buziaka- słyszę od wariatki. To mnie zbiło z tropu. Nic już nie rozumiem. Daję- czemu nie, w końcu to z nią tu przylazłem. Walczę ze sobą, walczę ze sobą, walczę o jakiś inny łanopogląd, zaczynam zaciągać po wiejsku...

wtorek, 10 maja 2011

Urojenia- moje drugie życie

Znów pada widelcowaty deszcz. Wkurzające kropelki uderzają grubym "blum, blum" w mój niezadaszony czerep. Topór w mojej lewej ręce powoli zaczął się wyślizgiwać. Wszedłem w błoto- myślę sobie. Do diabła ze skórzanymi kozakami, które dzisiaj rano naprawiałem i czyściłem! Ona pewnie siedzi teraz w ciepłym domu i śmieje się sama do siebie, że porwałem się z motyką na... z toporem na ulewę. Nie ma przeproś, idę dalej. Jeszcze tylko dwie brzozy i będę mógł spokojnie wrócić do domu, przy odrobinie szczęścia zastanę tam jakąś strawę. Ach! Moja mała psotnica! Choć tak niepozbierana i maślaczkowata- tak powabna i pocieszna. Wpadnę do domu, Ona przywita mnie dobrodusznym śmiechem i pokazując na mnie palcem nazwie mnie "zerem". Właśnie po to codziennie wstaję o 5 rano i ścinam te filarowe brzózki, aby po całym dniu wrócić do domu głodny, bez wyrazu, zostać wyśmiany, wytykany, w dalszym ciągu głodny i jeszcze raz wyśmiany. Uwielbiam tę niecodzienną rutynę!!:D:*

Tysiąc róż

Jak tysiąc róż zapach Twój. Na moim ciele zostawiasz go znów. Jak mam żyć, wiedząc, że żadna z tych chwil nie powtórzy się...
Jak wolny ptak, pod skrzydła chwytasz wiatr. I każdy dzień nowym wyzwaniem jest. Tak mijasz mnie, jak nudny cień, nie zgadzam się...
Jak mam żyć, wiedząc, że każdy dzień oddala mnie od Ciebie?
Jak mam żyć tym pięknym snem? Czy spełni się?
Każda noc przynosi ten sam sen- gdy w tysiącu róż kąpiesz nogi swe.
Każdego dnia wołam Cię. Ten jeden raz wysłuchaj mnie

Cracked

Dążyć do celu, czy liczyć się z innymi? Brak wiary ze strony ludzi potrafi być tak strasznie demotywujący... Czy nie widzisz, że od totalnego zera doszedłem tak daleko? Czy nie widzisz, że niegdyś wyśmiewany i stłumiony introwertyk stał się pewnym siebie mężczyzną, który wie, czego chce i wie jak to zdobyć? Nawet jeśli nie widzisz- nie obchodzi mnie to, idę dalej. Nie mam czasu na pokazywanie Ci, co się udało, a co nie. Wszystko ma swój cel i nie żałuję ani jednego wyboru w moim życiu, nie warto marnować czasu na rozmyślanie o przeszłości, nie należy też zbytnio stresować się przyszłością. Tu jest czas i miejsce. To się dzieje teraz, w tej chwili. Nie dzieje się wcześniej ani później, tylko teraz. Dlatego skup się na TERAZ i daj z siebie wszystko, żeby faktycznie się działo!

sobota, 30 kwietnia 2011

Twórczo:)

 Czterech samców i blondi piękność?- to nie wróży nic dobrego:D
 Asana czapli w wodzie, Misiek kontemplator i luźny łan Szczechu
 Specjalnie dla Ł: Zacieszam, zacieszam, nie martw się;):*
 Właściciel kamienicy przebiera się w piżamkę...
 "Mam wizję":D:D
"Wszystko ma swoje miejsce i swój czas"

piątek, 22 kwietnia 2011

Brzoza Przemyśleń

Przyszła do mnie o 14, przyniosła babeczki wielkanocne, o dziwo przywitałem ją buziakiem w usta, była zszokowana- ja też. Prawie nie rozmawialiśmy, atmosfera była gęsta i nieprzyjemna, w końcu zdecydowałem się wyrwać na trochę z czterech ścian- w końcu czekała nas długa rozmowa. Przez połowę drogi na łąki nawet nie zamieniliśmy słowa, szliśmy w odstępie metra od siebie, każde z nas zastanawiało się, jak zacząć. Nie chcieliśmy się jeszcze żegnać. Zacząłem, w nadziei, że jak już coś powiem- potem słowa przyjdą same, ale nie było wcale tak łatwo. Rozmawialiśmy przez chwilę spokojnie, ale w jej głosie dało się wyczuć ironię, miałem przez chwilę ochotę walnąć jej w twarz- nienawidzę, jak robi mi próby cierpliwości. Byłem spokojny, dopóki nie zaczęła rzucać we mnie mięsem, potem mój ton spoważniał, oczy zmętniały, a ona zdawała się chować w swojej skorupie przed karą. Nie nadeszła. Doszliśmy na łąkę po jakiejś godzinie, siedliśmy pod Brzozą Przemyśleń, która nieraz już rozbiła mi związek. Tym razem jednak poszedłem tam z premedytacją...

Fatalnie

Chronos- koleś, który na prawdę daje mi ostatnio popalić, nie ma skrupułów, jest chamski i bezwzględny.
Jednym słowem nie wyrabiam się z niczym, wychodzę z domu najczęściej, jak tylko umiem, bo powrót do tej ciasnej kanciapy oznacza kolejne godziny narzekania mojej mamy i pierdolenie o maturze. Mam już tego na prawdę po dziurki w nosie, jedyny temat, który poruszają moi znajomi to matura, nawet głupie życzenia urodzinowe składały się z niespójnych i beznadziejnych tekstów w stylu "Mam nadzieję, że zdasz maturę super", "Oby nauka do matury przebiegała Ci pomyślnie i bezboleśnie". Ludzie! Są w życiu ważniejsze rzeczy od zasranej matury- ok to ważny etap w moim życiu, ale nie mam do cholery żadnego azylu, bo wszędzie gdzie nie pójdę, słyszę tylko o egzaminach. Na dodatek pokłóciłem się wczoraj z moją lubą, jak zwykle o pierdołę, jak zwykle wisi nad nami widmo "bezbolesnego" rozstania. Nie znoszę, gdy ktoś krytykuje moje podejście, samemu wcale nie reprezentując lepszego, ba! nawet reprezentując podejście olewatorskie. Gdzie tu jakakolwiek spójność? Dzisiaj zamykam się w pokoju, żeby ślęczeć nad egzaminami, zduszony i zdeptany przez system, myśli nie wychodzą poza dom, tak jak życzą sobie tego moi bliscy.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Sklerotyk

W natłoku myśli i zdarzeń czasami bardzo łatwo się pogubić i zupełnie stracić głowę. Piątek 15 kwietnia, dzień jak codzień, zaskakujący, zapełniony po brzegi. Pojechałem do szkoły zobaczyć się z Aniołem, potem odwiedziliśmy kolegę w szpitalu, warunki sanitarne pozostawiały wiele do życzenia, ale żyje. Biega z bandażem na głowie, który czyni go jeszcze bardziej popieprzonym:) Czekamy na autobus, Anioł spotkał swojego starego znajomego, poszła z nim na spacer, ja jadę do domu. W autobusie segreguję myśli- To tylko jej znajomy, nie wmawiaj sobie nic, zazdrość? O co? Wyluzuj. Jestem wyluzowany, dojazd do domu, szybki obiad i wypad na próbę z chłopakami. Na próbie rozkminiamy kilka kawałków, którymi mieliśmy się dzisiaj zająć. Poszło całkiem nieźle, wywrzeszczałem się, zmęczyłem ręce na gitarze, jest super. Niespodziewanie pod koniec próby zaczyna mi się robić baaardzo zimno, chyba coś mnie łapie, albo jestem zmęczony- myślę. Wychodzę z próby trochę wcześniej niż zwykle, żeby jechać do domu i położyć się w ciepłym łóżeczku. Miałem pojechać do Anioła po próbie ale chyba zrozumie, że kiepsko się czuję i możemy to przecież przełożyć. Dzwonię...
- Hej Kotuś, słuchaj trochę kiepsko się czuję, możemy dzisiejsze spotkanie przełożyć?
- Aha, no spoko, na razie- odpowiedziała zbywająco, po czym się rozłączyła.
Wszystko ok, pewnie ma kiepski humor. Zaraz, zaraz... Ooooo Ku***! 15 kwietnia, dzisiaj nasze pół roku!
Zestresowany jak zając na pościgu przesiadam się w autobus w drugą stronę, jadę do niej, czuję się fatalnie. Ty idioto!- krzyczy głos w mojej głowie. Droga na tysiąclecie zajęła ok. 20 minut, wybiegam z autobusu, idę do niej. Przywitała mnie zimnym "Hej, wejdziesz?" z obojętnym wyrazem na twarzy. Jasne, że wszedłem, przez resztę wieczoru próbowałem jej wytłumaczyć, że po prostu kiepsko się czułem i to przez to wypadło mi to w ogóle z głowy. Przepraaaaszaaaaam(ze słodką minką kota ze Shreka). Powiedziała, co następuje:
- Masz strasznie lekceważące podejście do nas, nienawidzę tego, widocznie to kwestia Twoich priorytetów, ja chyba też będę musiała swoje zmienić, skoro tak to będzie wyglądać, a będzie, znając Ciebie.
W jej zdaniach słychać coraz większą rezygnację, choć sama nic nigdy dla nas nie zorganizowała- była tym wszystkim strasznie zmęczona. No cóż... postaram się więcej Cię nie zawieść:*

sobota, 9 kwietnia 2011

Równowaga cz.3

(...) Oderwałem się z trudem od jej wilgotnego i cudownie ciepłego ciała, pożegnała mnie uśmiechem. Czas płynąć dalej, przemieszczałem się mimowolnie w kierunku bariery, półprzeźroczystej powłoki zza której widać było cały świat.
- Poznałeś już Białą Lwicę i Czerwonego Anioła, teraz pora na Niebieską Fretkę, musisz ją znaleźć...- głos Lucyfera zabrzmiał w mojej głowie, odbijając się echem po przestrzeniach kory mózgowej. Im dalej brnąłem, tym zimniejszy i bardziej przejrzysty stawał się koloid. Gdzieś w oddali widziałem niebieską poświatę. To ona- pomyślałem. Ale nic już nie było takie proste- im bliżej podpływałem tym trudniej było mi się zbliżyć, coś blokowało moje ruchy, było coraz zimniej, po chwili pożałowałem tego, że jestem nagi. W mojej głowie uroiło się jakieś przekonanie, że im trudniej jest się gdzieś dostać, tym bardziej warto się starać, dlatego bezwzględnie płynąłem dalej, dopóki nie zauważyłem jasnych konturów wibrującej postaci w niebieskim świetle. Ona również była naga, patrzyła na mnie smutnym, pustym wzrokiem, jakby czekała, aż coś z niej wydobędę. Dopiero teraz poczułem jakąś eteryczną smycz oplatającą mnie na nadgarstku i wychodzącą z prawego nadgarstka owej tajemnej istoty. Odbierałem mieszane sygnały, z jednej strony jej wzrok wydawał się mętny i bez wyrazu, z drugiej strony- rozpalony i zachęcający. Zbliżałem się coraz bardziej, robiło mi się nad wyraz zimno a przed sobą czułem jakąś bańkę- barierę, przez którą chciałem się przebić. Parłem z całej siły na sferę, coraz bliżej i bliżej, po chwili byłem tuż przy Niebieskiej Fretce, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bańka była jakimś dziwacznym azylem, który zmuszał ją do pozostawania w moim szlachetnym koloidzie, choć chciała się z niego wydostać. Ile bym dał, żeby pomóc jej stamtąd odejść. Byliśmy jednak połączeni tą eteryczną więzią- na wieki, nieważne jak daleko od siebie, to była rozciągliwa więź. Zapomniałem już o zimnie, oddalałem się, wracałem w ciepłe rejony. "Gdzie mam szukać?"- zadałem pytanie w myślach.
- Oto co mówię- odpowiedział Lucyfer- Równowaga jest tam, gdzie jej potrzeba. To nie przeznaczenie- to Twoje życie, w niektórych sytuacjach po prostu równowaga nie istnieje, często jedna strona przeważa, to jest słuszne i prawidłowe. Musisz zatem wiedzieć, mój drogi, że wszystko zostało już dokładnie rozplanowane w Tobie, wszystko czego potrzebujesz- już posiadasz. Dlatego nie szukaj, bo tracisz tylko czas- rób tylko rzeczy, które pozwolą Ci na urzeczywistnienie Twojego wewnętrznego świata- oto jest równowaga.
KONIEC

poniedziałek, 28 marca 2011

Równowaga cz.2

(...) I po chwili mogłem poczuć się cudownie nagi, jakiś ciepły koloid omywał całe moje ciało, oczyszczał z rozterek i zmartwień. Czyżbym znalazł równowagę?- pomyślałem, ale w tej samej chwili w mojej głowie odezwał się głos Lucyfera- to dopiero początek- rzekł. Więc płynąłem dalej. Właściwie nie płynąłem, unosiłem się biernie w tym gęstym, ciepłym i przyjemnym, czerwonym czymś. Nagle widzę ją- kobietę z białej tarczy, jest ubrana w biały fartuch, ma zamknięte oczy, ale wydaje się uśmiechać do mnie. Od razu ją rozpoznałem, ona świeci najjaśniej. Obok niej przepłynęło swobodnie kilka osób.
- Poznajesz, prawda?- spytał w myślach Lucyfer- To ona dała Ci możliwości i zarazem ograniczenia, jak zawsze dumna i wesoła.
Podpłynąłem bliżej, chwyciłem kobietę-lwa za rękę i schyliłem się całując jej maleńki sygnet na serdecznym palcu, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Banan na buzi nie znikał, nawet gdy już puściłem jej rękę, kilka metrów dalej zobaczyłem kolejną odsłonę tarczy. Tym razem z czerwonej. Była skulona w pozycji embrionalnej, przepełniona rozkoszą i ciepłem, naga i cudowna, jak dziewiczy kwiat lilii. Uśmiech również gościł na jej śnieżnobiałej twarzy. Jej palce błądziły swobodnie po nagim ciele, jakby sama próbowała się przytulić. Nie spieszyło mi się do niej, ale jakiś prąd popychał mnie w jej kierunku, widziałem ją coraz wyraźniej, rozpuszczone włosy, długie rzęsy i mleczną skórę na odsłoniętej szyi. W końcu znalazłem się w jej ramionach, tak usypiających i spokojnych, tak pewnych i stałych, a zarazem tak delikatnych. Bardzo mnie kusiło, żeby popływać z nią jeszcze, zwłaszcza, że założyła swoją najlepszą pułapkę- otworzyła oczy i wpatrywała się w moje, dopóki cały nie zesztywniałem z podniecenia. Jednak czas naglił... CDN

niedziela, 27 marca 2011

Równowaga

Szukam równowagi. Może jest pod łóżkiem? Nieee... to by było zbyt prozaiczne. Może pod wieczkiem od dżemu? Też nie. Wyjdę z siebie i poszukam jej po drugiej stronie. Mijam Toma Hanksa, mówię mu "dzień dobry", w końcu to szanowany aktor starszy i wiekiem i stażem.
- Przepraszam pana, nie orientuje się pan, gdzie znaleźć równowagę w tym wszystkim?- pytam spokojnie, chyląc czoło.
- Mama zawsze mi mówiła, że życie jest, jak pudełko czekoladek...- cytuje Tom. Poszedłem dalej, bo znam tę formułkę na pamięć. Na ziemi siedział stary znajomy- Lucyfer. Uśmiechnął się do mnie i wskazał miejsce obok siebie, abym się przysiadł. Zrobiłem, co musiałem, z Lucyferem nie wygram.
- Oj mały, mały... Znowu się widzimy.- Uśmieszek na jego twarzy jest bardzo kojący- Czego tu szukasz, co Cię skłoniło do tak radykalnych kroków?- Zapytał troskliwie
- Sam nie wiem, byłem tam, teraz jestem tu- odpowiedziałem- Szukam równowagi...
- Równowagi? To rzecz Twoja, masz ją w środku mój drogi. Wystarczy ją wydobyć na zewnątrz- wyjaśnił z uśmiechem- zaraz Ci pokarzę, jak to działa.- powiedziawszy to, wbił swoją rękę gdzieś w moje eteryczne ciało i wyciągnął mały, ale piękny szmaragd.
- To Twoje serce. Widzisz, co jest w środku?- wskazał palcem czerwoną toń, zauważyłem, że w środku pływają tarcze z obrazkami i przeróżnymi inicjałami, było tego naprawdę dużo, tylko trzy z nich wydawały się jakieś bardziej jaskrawe, jedna była niebieska i miała na sobie wizerunek smukłej i futrzastej fretki, druga czerwona, połyskująca z inicjałami KF, trzecia, najjaśniejsza, biała z lwem. Lucyfer spojrzał na mnie znacząco, jakby teraz czekał, aż coś zrobię... Wszedłem do szmaragdu... CDN

sobota, 26 marca 2011

Erotyczna rozgwiazda

Dzisiaj mogę śmiało stwierdzić, że stałem się hardcore'owym biologiem, wzorem do naśladowania dla młodych laboratoryjnych onanistek. O tak, mała, właśnie tak... Teraz przewróć na stronę 154 i przeczytaj mi na głos... Nóżki ambulakralne u rozgwiazd są takie... podniecające, prawda? Do każdego pęcherzyka wlewa się woda. Pęcznieją, wychodzą nieco na zewnątrz...
Litości... Jak tu poważnie myśleć o studiach medycznych?:D

poniedziałek, 21 marca 2011

Sznury

Zaplątany we własne sznurówki potykałem się co krok, każdy kolejny ruch krępował mnie jeszcze bardziej, z każdej strony dochodziły kolejne sznureczki, niektóre zaciskały się na rękach, blokując możliwość obrony, niektóre, cieniutkie, ciasno na szyi, inne, grubsze- na brzuchu. Powinienem stanąć, uspokoić się, ale cel był tak blisko... Byłem jak pies. Dostrzegłem tylko na horyzoncie ruchliwe stworzonko, zaraz zacząłem je gonić, nie liczyła się droga, którą muszę przebyć. Padam na ziemię, upokorzony, na kilka metrów przed moim celem. Leżę i patrzę na nią wzrokiem pełnym tęsknoty. Wygląda jakby podawała mi rękę, ale coś odciągnęło jej uwagę. Poszła sobie. Znowu sobie poszła. Zawsze wierzę, że jednak zostanie, zrozumie, odetnie te cholerne sznurki. Zawsze odchodzi. Powinienem dać sobie ostro w pysk, za to, że nie uczę się na swoich błędach.
- W co Ty grasz?- spytałaby.
- W życie- odpowiedziałbym bez wahania- w życie z Tobą- dodałbym po sekundzie, widząc jej szeroko otwarte oczy. Zapaliłyby się świeczki, leglibyśmy przytuleni do siebie, tylko po to, abym mógł jeszcze chwilę nacieszyć się złudzeniem. Leżę jeszcze chwilę na ziemi, sznurki dalej zaciśnięte na całym moim ciele. Podbiega mój Anioł, choć nie tak anielski, jak kiedyś, choć bardziej ziemski i bardziej wyraźny, podbiega nieświadoma tego co się właśnie stało, patrzy mi w oczy, jest przestraszona. Chcę jej powiedzieć, że to koniec- ale ona nigdy nie odchodzi. Zawsze wraca, robi ziemskie głupstwa, ale potrafi odnaleźć w tym wszystkim sens i radość. Cieszy się, jak dziecko, za każdym razem, gdy mnie widzi. Nagle czuję, że mogę rozerwać te wszystkie sznury, co robię niezwłocznie. Zostały tylko szramy na skórze, ale może one przypomną mi o sobie, gdy po raz kolejny zacznę gonić.

piątek, 4 marca 2011

Faust Inside

Syndrom niespełnionego naukowca powoli zaczyna mnie już drażnić. Zastanawianie się zabija mnie, zastanawianie się, analizowanie i przemyślenia zajmują zbyt dużo czasu i wstrzymują działanie. Chcę nareszcie działać. Chcę zajrzeć w głąb siebie i wydobyć to, co najcenniejsze, pokazać światu oślepiający błysk potencjału, który we mnie drzemie! Czekanie wydaje się nie mieć końca. Żeby działać, potrzebuję pewnych materiałów. Wiem, że niedługo je posiądę, już niedługo. Nerwy sięgają zenitu- kiedy wreszcie!? Już mam dosyć czekania! Chcę przeć do przodu, niczym taran przebijać się przez pokłady niepewności, by wreszcie osiągnąć to, co jest mi pisane! Niech przeklęta będzie ta chora stagnacja i monotonia! Chcę wreszcie wybić się ponad wyżyny, spojrzeć słońcu prosto w twarz i wrzasnąć: "Chwilo trwaj! Jesteś piękna!"

sobota, 26 lutego 2011

Dusk of humanity

Zimno mi, nie chcę wstawać. Zwijam się w pozycji embrionalnej, mam już dość, nie chcę czuć. Niech czucie zniknie, błagam, to boli... Otwieram oczy, patrzę na zegarek- 10 rano, w kuchni już ktoś od dawna się krząta. Cały się trzęsę, niedobrze mi, czuję, że mój żołądek zaraz się zapadnie. Wstaję powoli, zmotywowany siłą okropnego głodu i chęcią wymazania wczorajszej nocy z pamięci. Dlaczego moje zaangażowanie zostaje zmarnowane, dlaczego najlepsi przyjaciele okazują się tak lekkomyślni? A może już mi totalnie odbiło, może po raz kolejny muszę spojrzeć na to z dystansem i po prostu iść dalej, nie oglądając się za siebie, nie patrząc na innych. Czy cokolwiek jeszcze się dla mnie liczy, czy już wszystko robię "z automatu"...
Popełniłem kolejny błąd- spojrzałem w lustro. Oczom moim ukazał się totalny wrak, człowiek, który jest najzwyczajniej zmęczony próbowaniem. Człowiek, który już nie radzi sobie z samym sobą, poświęca wszystko co piękne w imię czegoś niepewnego i ulotnego. Żałosne było usłyszeć "Kocham Cię" po tym wszystkim co widziałem i słyszałem... Czuję, że moje starania zostały niedocenione.
Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do toalety. Dopiero teraz poczułem- śluzówki w nosie szczypały, jakbym oddychał sosem tabasco. Powiedziałem wczoraj- to ostatni raz, już nie chcę tego syfu- i na prawdę wytrwam przy postanowieniu, nie jara mnie to.
Wyszliśmy wczoraj z klubu, podjechał po nas kolega. Anioł zatrzymał mnie i powiedział, że coś mi się poprzewracało w głowie- nawrzeszczałem na nią, jak jasna cholera. Miałem już dość tej samolubnej istoty. Nie pożegnałem się z nią, przez moje gardło nie przeszło ani jedno słowo, niech już odejdzie...
Słowa. Uczucia. Emocje. Po co? "W końcu się znajdziemy, w jakimkolwiek znaczeniu."

środa, 23 lutego 2011

Big red dot

Bóg wojny, cudowny rdzawy symbol pożogi. Tyle strachu i niezrozumienia, tyle marzeń i nadziei...
Oblicze przeorane kraterami, tak brutalne i surowe. Jeśli ktokolwiek na nas patrzy tam z góry- to musi być właśnie on i jego ogromne, mroczne oczodoły. Czy to zalążek jakiegoś życia?

Olympus Mons
- najwyższa góra w Układzie Słonecznym, czy to tylko symbolika niezmierzonej potęgi? Moje wyobrażenie: W warunkach ziemskich na wysokości 21 kilometrów(!!!!) nasze ciało już dawno uległoby rozproszeniu i rozerwaniu w próżni, atmosfera nie sięga tak wysoko. Góra Olimp jest pozostałością po wulkanie, przez miliony lat magma wypływała z krateru, wznosząc szczyt, niezakłócenie, bo Red Dot nie ma płyt tektonicznych.

Vastitas Borealis- Pustkowie północne, tysiące kilometrów pustynnego, zimnego obszaru wokół bieguna północnego. Przypuszczalnie teren ten pokrywał kiedyś ogromny ocean, który wyparował wraz z radykalnym wzrostem temperatury podczas bombardowania meteorytami. Niestety;(
Moje wyobrażenie: Jeśli kiedyś był tam ocean, a przecież dalej istnieje na północy czapa lodowa- być może istnieją tam jakieś banalne formy życia, w zamrożonej zupie pierwotnej też mogło rozwinąć się życie.

Oto moja dzisiejsza rozkmina o wszechświecie, niedługo część dalsza;)

wtorek, 15 lutego 2011

Samolubie, posłuchaj

Nienawidzisz mnie? Za co? Za to, że mi się udało i dalej udaje? To nie zazdrość, widzę to w Twoich oczach anonimie. Widzę, że chciałbyś abym spadł na dół i zgnił tam ze stłumionym wrzaskiem błagań i przeprosin. Jestem pewien, że chętnie widziałbyś mnie nabitego na pal, skomlącego z bólu. Muszę Cię zawieść anonimie, nie dam Ci tej satysfakcji. Wystawiłem do Ciebie rękę, abyś mógł się jej chwycić. A Ty patrzysz na mnie wciąż, jakbym właśnie Cię obrażał. Dlaczego nie chwycisz się mojej dłoni, dlaczego nie chcesz pomocy. Wolisz raczej snuć i rozmyślać, zamiast działać- taki Twój los? Wolne żarty, sam ustalasz swoje granice. Ja nie mam granic, lecę tam, gdzie mnie wiara poniesie.

niedziela, 13 lutego 2011

Masquerade

Look at us, we began our play
Put the mask on your face,
join our game.

Look at us, we pretend every single smile
And every time we say goodbye
We perform our play

Masquerade seems to be endlessly
Hear me pray, the unspoken words I ought to say

Look at us, as we kiss in the cloudless night
When I'm holding your waist so tight
And to me, you seem so divine

Look at me! I'm facing your destiny
For at last we could finally be
So expansively free

Masquerade seems to be endlessly
Hear me pray the unspoken words I wanna say
Follow me, we can face our destinies
Stand by me, I will love you until the end.

Wembley!!


Marzenia mają to do siebie, że lubią się spełniać, jeśli naprawdę intensywnie dążymy do ich spełnienia. Wiem, że uda mi się osiągnąć wszystko co zaplanowałem, to tylko kwestia czasu, wiem również, że każda kolejna przeszkoda będzie dla mnie motywacją do coraz cięższej pracy. Gdy zacząłem spełniać swoje marzenia, stały się one moim życiowym celem, codziennie, gdy budzę się rano, nabieram pewności, że to wszystko już niedługo się stanie! Tak więc... Londynie, stadionie Wembley... drżyjcie, bo nadchodzę!:)

niedziela, 6 lutego 2011

Sarna from hell

Wkroczyłem do świątyni, miejsca kultu... Mój Anioł u mego boku, szliśmy za rękę, jej skrzydła schowały się teraz pod płaszczem, w obawie przed wszechobecnym, targającym wiatrem. Zapaliło się kilka jasnych świateł, powietrze zaczęło niepokojąco wibrować. Zmierzyliśmy się spojrzeniem pełnym zaufania i determinacji i kroczyliśmy dalej. Tuż przy ścieżce były zagrody z dziwacznymi stworami z innych wymiarów, każde na wyciągnięcie ręki a nasze ręce na wyciągnięcie ich dziobów i pysków.
Minęliśmy gołębnik, gdzie właśnie rada starszych dyskutowała zawzięcie o przejęciu kontroli nad świątynią.
Po chwili mój Anioł wskazał śmiałym ruchem ręki zagrodę z jakimś dzikim, nieznanym mi dotąd tworem, podszedłem bliżej, tak by móc uchwycić bestię do magicznego pudełka zwanego aparatem fotograficznym...
To była Sarna From Hell... bezapelacyjnie.




piątek, 4 lutego 2011

Sztafeta

Tyle pomysłów w mojej głowie, tyle okazji wkoło! Zerkam tylko co chwila przez ramię by dostrzec jak dogania mnie nieuchronna śmierć, póki mam siły, póty biec będę. Żadna choroba, żadne rozterki nie mogą mnie zatrzymać, każdy postój to kolejne minuty dla ponurego pana z kosą. Blada facjata szczerzy swe zęby. Grim jest ostatnio bardzo zdeterminowany, trochę mu odwaliło, gdy dowiedział się, że znowu udało mi się uciec. Biegnę dalej, nie baczę na konsekwencje swojej sztafety, to już nieważne. I tak nie dobiegnę do mety, ale chcę być dumny z dystansu, który pokonałem. Czy za zakrętem czeka butelka z wodą? Czy może ściana nie do przejścia, mój koniec? Przekonamy się...

poniedziałek, 31 stycznia 2011

It's Allright

Powstał nowy utwór autorstwa mojego i Piotra Z. do którego należy oryginalna wersja solówki:)
Zainteresowanych innymi utworami odsyłam na bloga www.latent-effect.blogspot.com
albo bezpośrednio na http://www.youtube.com/watch?v=3BMo7VDv5a4

Analiza i bezbolesna dziesiątka

Wszystko jest ulotne. Materializuje się i paruje, nielogicznie i niespójnie. Unikam kontrowersji poprzez konieczne metafory, ale odniesienie jest bardzo życiowe. Niewiele mogę powiedzieć, opisując mój obecny stan- serce bije, jak oszalałe, oddycham szybko i głośno. Co chwila uspokajam się myślą, że przecież teraz wszystko jest jasne i przejrzyste- przecież tego właśnie chciałem, wiem, czego chcę, wiem, że to co się teraz dzieje, jest dobre i słuszne. Mimo moich przekonań, wykręcam się na drugą stronę, moje obawy potwierdziły się po raz kolejny. A może powinienem wreszcie przestać to roztrząsać? Może powinienem zakończyć moje obsesyjne dochodzenie "kto, kiedy i dlaczego"?

Znów spokój, niech trwa wiecznie. Niezmącone myśli płyną znów przez umysł. Powolne, kolorowe filmy, na każdym piękne wizje, na każdym lepsze jutro. No cóż... Czas znaleźć inny cel w życiu.
1. Uspokajam całe swoje ciało, zaczynam od nóg. Wyłączam je...
2. Teraz tors, cały rozluźniony, napięcie spływa ze mnie na ziemię...
3. Moje ręce już nie są mi teraz potrzebne, rozluźniam je, wyłączam z krwiobiegu...
4. Głowa opada bezwładnie, wszystko jest ciepłe i pełne powietrza...
5. Zamykam oczy, bo powieki zaczynają niesamowicie ciążyć...
6. Moja twarz jest rozluźniona, nie ma na niej żadnego grymasu...
7. Serce zwalnia swój bieg, zaczyna spacerować, by po chwili przysiąść na dłuższą chwilę...
8. Krew płynie coraz leniwiej, nie mając siły ani chęci przedostać się przez tętnice...
9. Trzymam w garści magiczną wtyczkę od mózgu, wypinam ją powolnym ru...
10..........

piątek, 28 stycznia 2011

Nonexistent You

Kolejny raz uciekasz "na dobre", pierwszy mój odruch- Nie! Nie pozwalam!... Potem nadchodzi chwila, gdy uderzają wspomnienia. Te świeże i te zakopane gdzieś głęboko wraz z szufladą Twoich spojrzeń. Wszystkie uderzają z jednakową mocą niemal zwalając mnie z nóg- tyle tęsknoty, tyle emocji, tyle dotyków... Drążę coraz głębiej i głębiej, wciskam się między wspomnienia, przytulam Twój obraz. Całuję Twój zapach, palcami muskam delikatnie Twoją kruchą nieobecność... Szarpnięcie... Nie ma Cię. Nie ma Nas....
W dzień trzymam Twoją eteryczną dłoń, strzegę każdego niewidocznego kroku. W nocy szepczę do nieistniejącej Ciebie, wymieniamy się urojonymi pocałunkami... Dziś pozostaję bierny, tak każe mi moja natura. W sytuacji bez wyjścia- obojętnieję. Zmywam ze swojego ciała wszystkie uczucia, dając grunt dla nowych, może piękniejszych, może szlachetniejszych i bardziej wartościowych... I czekam...

Twóczość radosna

Właśnie jestem w trakcie tworzenia drugiego bloga, gdzie znajdzie się trochę muzyki. Tak swoją drogą,  nagraliśmy z kolegą Piotrem całkiem ciekawy utwór, który niebawem tam zamieszczę, do tego nagrałem instrumentalne(na razie) modern tango:D Totalnie odlatuję przy takiej nieschematycznej, zapomnianej muzyce:)

wtorek, 25 stycznia 2011

Przeklęty sen

Zostałem napełniony, nasycony i prześwietlony jakąś niesamowitą mocą. Tamtej nocy czułem, że stanie się coś wyjątkowego. Leżeliśmy... Z każdą milczącą sekundą coś wlewało się do mojego wnętrza, jakiś rozpalony płyn, który koniecznie chciał przybrać zdecydowany kształt. Wszystko konsekwentnie twardniało by przybrać w końcu nieskazitelną formę. Choć na chwilę wszystko było takie proste i oczywiste. Przecież tak musi być- Fata viam invenient... Nie chciałem spać, czułem, że mamy coraz mniej czasu. Ten cholerny abstrakcyjny czas, który rzekomo leczy rany i zmienia ludzi. Nic nie uleczył, nic nie zmienił, za to zaczął panicznie uciekać, gdy tylko zerknąłem na zegarek. Niech będzie przeklęte bezcelowe czekanie, niech będzie przeklęty brak wiary i woli. Niech przeklęty będzie sen.

piątek, 21 stycznia 2011

Biała dama

"So confused, when you're lost in the groove"
Czuję się zmieszany, gdy patrzę na Ciebie. Czuję, że mogę zrobić wszystko, czego tylko dusza zapragnie, a jednocześnie jestem napełniony przekonaniem, że gdy to zrobię- cała magia pryśnie. Biała dama. Dużo ryzykuję, patrząc Ci w oczy, ryzykuję upadek. Mogę w nie patrzeć godzinami, jak w otchłań, dopóki wiem, że mam nad sobą kontrolę. Czasem jednak otchłań zerka na mnie, zachęcając do bezpowrotnego skoku. Lubię stać na tej krawędzi, uwielbiam jeździć palcem decyzji po tej żyletce nastroju. Może to kolejne uzależnienie, a może tylko przypadkowa odskocznia, moja prywatna oaza na pustyni wyborów. Nie chcę wiedzieć. Dziś jesteś tylko Ty i Twoje oczy. Kolejny dzień nie istnieje

czwartek, 20 stycznia 2011

Gdybyś tylko widział

"Widząc Cię na jego kolanach poczułem delikatne ukłucie gdzieś w klatce piersiowej, po chwili wzmożone wibracje w całym ciele, a następnie strach w Twoich oczach, gdy zacząłem mimowolnie iść w waszym kierunku. Już wyobrażałem sobie jego skórę na swoich pięściach, ale to nie była zazdrość... Jakaś chęć odegrania się za to, że nie mogę mieć nikogo na wyłączność. Nieważne, jak święta byś była- nie będziesz moja, już nawet nie chce mi się udawać, że możesz." Jak widzisz drogi wujku, który patrzysz na mnie teraz z góry- mimo Twoich starań, nie umiem jeszcze ułożyć sobie super życia, ale będę starał się dalej, uda mi się, wierzę w to. Wiara jest moim paliwem. Kocham i tęsknię

wtorek, 18 stycznia 2011

Pragnę rekwizytu?

Co dostaniesz z "posiadania"? Jedynie fakt, że "masz". Po co Ci samochód, skoro nie umiesz i nie lubisz jeździć? Po co Ci piękny dom, skoro nie umiesz o niego zadbać? Po co Ci miliony dolarów, skoro nie umiesz ich mądrze wydać? Posiadanie jest jedynie aktem próżności. Dopiero, gdy nauczysz się jeździć tak, by było to przyjemne dla Ciebie, dobre dla Twojego samochodu i nieszkodliwe dla otoczenia- dopiero wtedy Pragnij Posiadać samochód. Dlaczego pragniesz posiadać, skoro nigdy "własności" nie wykorzystasz... Niezrozumiałe i nielogiczne. Ludzie jednak zawsze dążą do tego by Posiadać coraz więcej, głównie rzeczy, które im są zupełnie niepotrzebne, które jedynie zmieniają ich obraz w oczach innych ludzi. NIKT nie chce być jedynie rekwizytem w czyimś życiu.

Astronauta

3, 2, 1... Prom wzbił się nareszcie w przestworza. Najgorsze jest wyczekiwanie na start, odliczanie... Gdy już wiesz, że nie wysiądziesz, gdy musisz naprawdę pokazać, że masz jaja.
Czułem jak moje ciało wciska się w fotel, byłem już gotowy na ostrą jazdę. Uśmiech zagościł na mojej twarzy, pierwszy uśmiech od czasu ostatniego lądowania- nareszcie dosięgnę gwiazd, nareszcie spojrzę na wszystko z góry, tak jakbym był panem tego świata!
Po naszej stronie globu panował jeszcze półmrok, była 5 nad ranem. Patrząc przez maleńki wizjer po mojej prawej stronie, widziałem światła miast osnute leciutką mgłą. Każdy płomyczek zapalony na drapaczach chmur teraz majaczył nad widnokręgiem, jakby oderwany od ziemi. Mijaliśmy kolejne chmury, wiedziałem, że zaraz ujrzę czyste niebo, ten moment zawsze zapierał mi dech w piersiach. To tak silne przeżycie, że ostrząśnięcie się z niego zajmuje mi zwykle około 10 minut!
Niespodziewanie(jak zawsze) coś błysnęło w całym kokpicie. Naszym oczom ukazały się gwiazdy. Miliardy widocznych gwiazd, każda z nich na wyciągnięcie ręki. Na całym pokładzie zrobiło się przejrzyście jasno, zerknąłem ciekawie na miny innych członków załogi. Niektórzy płakali. Inni otwierali szeroko oczy i usta, jeszcze innych wbijało do końca w fotel, tak, że ledwo było widać ich ciała. Jako jedyny przyjąłem to wydarzenie za stoickim spokojem- robiłem to już dziesiątki razy i mimo, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza rzecz, jaką człowiek w życiu może zobaczyć, przyzwyczaiłem się do tego, może niesłusznie.
Wzlatywaliśmy coraz wyżej, ziemska grawitacja, ziemska atmosfera i wszystkie ziemskie sprawy i problemy już nas nie dotyczyły... Dylatacja da o sobie znać po powrocie, albowiem lecimy daleko. Tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Już nadszedł czas, żeby wysunąć żagle słoneczne, ponieważ tam gdzie lecimy, tam gdzie światło słońca już nie dociera- paliwo przyda nam się bardziej. Nawigator wcisnął cztery zielone kontrolki na panelu, na zewnątrz rozległ się cichutki syk wypuszczanego powietrza, wszystko działało bez zarzutu. Lecieliśmy już tylko niesieni przez wiatr słoneczny, jak żaglówka.
Nagle jakieś dziwne przeczucie zagnieździło się w mojej psychice, przeczucie, że coś jest nie tak. W powietrzu dało się czuć zdenerwowanie, paniczny strach, podziw, ale oprócz tego coś jeszcze. Zerknąłem nerwowo na naszą piękną planetę na ekranie, która oprócz oddalania się, usuwała się jakby na bok. Pierwsze, co mi przyszło do głowy- któryś z żagli się nie otworzył! Gdy zerknąłem na panel z parametrami, moje obawy się potwierdziły. Prawy właz, trzymający żagiel dalej był zamknięty. Wychyliłem się, żeby upewnić się, czy nawigator to zauważył... Nawigator nie istniał. Brzmi to dziwnie, bo był na swoim miejscu, jako swoje ciało. Jego dusza jednak pływała właśnie gdzieś za pokładem, albo, co gorsze, już gdzieś zaginęła. Nie czekając na nic, wypiąłem się z fotela, usłyszałem słowa protestu kolegi obok, kiedy jednak obróciłem się ku niemu, żeby wyjaśnić, co się dzieje- on również zamilkł, jego oczy wypełniły się pustką, a powietrze wokoło strasznie zmętniało. Przeszył mnie dreszcz. To nie jest normalne. A co jeśli zaraz też odlecę?
W istocie odleciałem, bo zapomniałem o braku grawitacji na pokładzie. Machając rękami, jak szalony, próbowałem poruszać się w nieważkości, co zakończyło się głuchym uderzeniem głową o ścianę pokładu. Nie było mnie pewnie przez jakąś godzinę od chwili utraty przytomności, gdy otworzyłem oczy- było ciemno, świeciły tylko niektóre kontrolki na panelu głównym. Nagle obiłem się o coś miękkiego i dużego, szok! Dwóch członków załogi lewitowało gdzieś obok mnie, prawdopodobnie też postanowili się odpiąć i zobaczyć, co jest grane. Wyszukałem po omacku guziczek od zasilania awaryjnego, zapaliło się światło. Za szybą pokładu nie było nic widać... Ani jednej gwiazdy... A członkowie załogi latali martwi, lub przynajmniej nieprzytomni wokół mnie. Nie wiedzieć czemu, na głowie miałem swój szczelnie zapięty hełm. Nie chciałem ryzykować życia zdejmując go, zwłaszcza, że reszta nieprzytomnych członków załogi wyraźnie nie miała założonych swoich. Zabrakło tlenu? Może ciśnienie zmalało? Zdecydowałem się na desperacki ruch- wyjście z pokładu w celu dobrania się do zasilania od zewnątrz. Tak też zrobiłem, w pomieszczeniu specjalnie do tego przeznaczonym otworzyłem właz, zapiąłem na nim swoją linkę, która miała mnie trzymać i wyleciałem na zewnątrz. W istocie, widziałem gwiazdy, za nami. Przed naszym pokładem była jakaś nieokreślona, ogromna planeta. Odepchnąłem się od pokładu, żeby swobodnie poszybować w stronę małego włazu, pod którym mieścił się agregat. Jeszcze kilka metrów... Szybowałem powoli, jakby czas nie naglił. Nagle coś pociągnęło mnie do tyłu! Bardzo mocno, czułem jakby pękał mi skafander. Obróciłem się powoli, żeby sprawdzić, co to było. Tego nie przewidziałem... Leciałem dalej, a linka, która mnie trzymała, właśnie wiła się w oddali jak niesamowicie długi wąż. Co dalej? W panice zacząłem przekręcać się przodem do pokładu, by chwycić się czegoś, czegokolwiek. Opuszki moich rękawic ledwo szorowały jednak po pokładzie. Po lewej stronie zauważyłem antenę- ostatnia szansa. Zbliżałem się bardzo szybko, przez chwilę nawet pomyślałem, że mogę się na nią nadziać i zginąć, ale parłem bezpowrotnie, to była ostatnia szansa. Bliżej, bliżej... Złapałem końcówkę, antena wygięła się w drugą stronę, pod wpływem mojej prędkości, trzymałem mocno. To jednak nie wystarczyło, wyślizgnęła mi się z rąk. Widziałem oddalający się maszt pokładu. Dryfowałem. Panika minęła. Czy teraz cokolwiek miało znaczenie? Nie, teraz faktycznie- byłem panem tego świata...

wtorek, 11 stycznia 2011

Bilans dodatni:)

Jak tam? Źle, wczorajsza noc była naprawdę ciężka, ale cieszę się, że obyło się bez boskiej interwencji.
Innymi słowy mam irytujące objawy przeziębienia, czy czegoś tam, co nie pozwala mi chwilowo cieszyć się życiem:P Poza tym wszystko super, choć mam ochotę napisać, jak mi beznadziejnie i że czuję się jak wyżuta guma... kurde już napisałem. No, dla sprostowania jestem dobrej myśli, kilka moich pomysłów naprawdę ma szansę przynieść oczekiwane pozytywne rezultaty, jestem szczęśliwy, mam wspaniałą dziewczynę, zyskałem kilka ważnych znajomości, przełamałem kilka barier psychicznych. Resocjalizacja wtórna idzie po mojej myśli, jak wyleczę się z przeziębienia- zacznę naprawdę szaleć:D

piątek, 7 stycznia 2011

To Tylko Ona

"To Tylko Ona", mówię za każdym razem, gdy przechodzi
Za każdym razem tym samym tonem, bez cienia pewności
Za każdym razem, by nie oszaleć, muszę sam się zwodzić
Klamka jednak zapadła, przecież nie mam wątpliwości...

Tak cudownie kontroluję wszystko, co chcę Jej powiedzieć
Każdy piękny gest zabijam w zarodku, lub eksponuję w sobie
Paradoksalnie- nie mogę mówić, a Ona musi wiedzieć...
Ona musi wiedzieć, o mojej cichej, a pięknej odnowie

"To Tylko Ona", słowa, jak beton milczące i niezmienne
Wypisane gdzieś głęboko, na ogromnym murze sumień
Dla Niej krzyk stłumiony, dla Niej noce bezsenne
Dla Niej piękno utopiłem bezpowrotnie w swej dumie
Nie tylko reszta jest milczeniem, milczenie definiuje "Nas"

Życie we śnie?

Po dłuższym zastanowieniu i ku własnemu zaskoczeniu, dochodzę do wniosku, że sen to wcale nie strata czasu:)
Do niedawna sen był dla mnie JEDYNIE odpoczynkiem, od pewnego czasu jednak stał się niesamowitym zajęciem dla mojej wyobraźni. Wszystko zaczęło się od szalonego snu, w którym przemierzam magiczną wyspę z pewną osobą, którą nazwę tutaj X, zero podtekstów erotycznych(o dziwo!) a i tak ubawiłem się po uszy. Opowiadałem ten sen kilku osobom, ich reakcja była zawsze taka sama: pełne zaskoczenie. Sam przy okazji w swoją opowieść angażuję się za każdym razem coraz bardziej, jeszcze kilka opowieści i faktycznie zacznę przy słuchaczu przemierzać tę wyspę!:D Mój kolega, szalony muzyk i poeta, "P", w rewanżu opowiedział mi kilka swoich snów, w których kontrolował każdy swój ruch. Ok- sen świadomy, pomyślałem. Wszystko z logicznego punktu widzenia wydaje się proste i przejrzyste, niestety moja wyobraźnia nie uznaje chyba takich kompromisów, jak kontrola świata przez nią wykreowanego. Wyobraźnio! Posłuchaj teraz uważnie, przed każdym snem przygotuję się mentalnie do przejęcia kontroli! I uda mi się to!
Tadaaa!- Wczoraj przed snem przygotowałem się, jak najlepiej umiałem do kontroli- ćwiczenia medytacyjne, spowolnienie metabolizmu bla bla bla, ale sam nie wierzyłem właściwie w sukces, bo nigdy nie wiem, kiedy sen jest snem(Naprawdę, moje są cholernie realistyczne, włączając w to odczucia fizyczne). Skupiłem całą swoją uwagę na osobie X, dosłownie zmusiłem całe moje ciało do odczuwania jej obecności! Cholera, parę minut później rozmawiałem już z tą osobą, dokładnie wiedziałem co robię, kontrolowałem to... Wszystko było cacy, naprawdę, zero zastrzeżeń:D Dzięki stokrotne "P";)

środa, 5 stycznia 2011

Zakuta w stal

Zakuta w stal przemierzasz swój świat. Odporna na ból, odporna na siebie... Z Twoich oczu nie wyczytam już nic, twarz zlała się w jedność. Choć pewnie czujesz i żyjesz, śnisz i marzysz- Twoje słowa będą tylko kolejną powłoką, tak kolorową i nową. Przed czym się tak bronisz? Czy nie umiesz spojrzeć w oczy zwierzęciu, które we mnie siedzi i powiedzieć mi- co dalej? Stworzyłaś ze mnie wroga idealnego- wroga, który nie umie z Tobą walczyć, wroga, który błaga na kolanach o pokój i pojednanie. Nie dostrzeżesz mojej pokory przez zimną stal, która Cię otacza. Piękny kwiat zdeptałaś misternie uplecioną kolczugą, nawet nie czując oporu. Nikt Cię o to jednak nie wini. Choć nasze ścieżki się rozeszły- wiem, że to nie koniec.
Wiem, że to nie koniec.
Wiem, że to dopiero początek.

wtorek, 4 stycznia 2011

Miłość, jako nauka;)

Co to jest właściwie miłość? Czy to tylko reakcja chemiczna fenyloetyloaminy, czy też jakieś dziwne wszechobecne magnetyczne siły, które sprawiają, że nie możemy żyć bez danej osoby? Myślę, że w każdym z tych twierdzeń jest ziarenko prawdy. Czy można natomiast kochać więcej, niż jedną osobę? To jasne, że tak, podobnie, jak można odczuwać kilka stanów emocjonalnych naraz, albo na upartego wykonywać mnóstwo czynności jednocześnie. Z miłością jest właśnie jak z podzielnością uwagi, jednak nie jest to wbrew pozorom tak prosty system. Jasne, dla religijnych- możemy kochać Boga, żonę, matkę, ojca i dziada pradziada naraz, nie jest to jakoś ograniczone, ale zgodzicie się ze mną, że żadna miłość nie jest taka sama. Grunt to świadomość uczucia, bez świadomości jest ono chaotyczne, nieznane i przede wszystkim Nieokiełznane! Jestem świadom tego, że kocham więcej niż jedną osobę, jestem także świadom, że "te miłości" różnią się od siebie radykalnie. Nie ma absolutnie nic złego w różnorodności uczuć, tym bardziej jeśli wszystkie są szlachetne i konstruktywne.
I teraz postulat do wszystkich domniemanych samców alfa- nie ma nic złego w okazywaniu uczuć, to świadczy jedynie o bogactwie emocjonalnym, oraz o niesamowitej mocy, dzięki której rozumiemy to, co czujemy!

1.Chemia miłości:
- Dobieramy partnera na podstawie zapachu i wyglądu, to jest pierwszy efekt, posiadamy specjalny zestaw genów zwany MHC, który u obu płci różni się radykalnie. Mamy bierną zdolność wytwarzania pewnego narkotyku, fenyloetyloaminy(PEA), która powoduje dobre samopoczucie
- Wydzielanie fenyloetyloaminy jest efektem niekontrolowanego bodźca, jak na przykład spotkanie swojej ukochanej, wszystkie emocjonalne gesty, słowa itp.
- Teoretycznie miłość naturalna może trwać do czterech lat(wydzielanie PEA na "widok" danej osoby), jest to pozostałość po naszych przodkach, partner zakochiwał się w swojej wybrance, zabiegał o jej względy, dochodziło do kopulacji, narodzin dziecka, wychowaniu go przez rozdziców do wieku ok. 2 lat, potem samiec opuszczał rodzinę. Wbrew pozorom miłość nie kończy się po czterech latach, nie martwcie się, po przyzwyczajeniu organizmu do danej osoby, a co się z tym wiąże- zaprzestaniu produkcji PEA, nasz organizm wytwarza endorfiny, które równierz powodują dobre samopoczucie.
- U wielu osobników endorfiny znacznie silniej pobudzają nasz organizm niż PEA, więc równie dobrze miłość może tak naprawdę wykiełkować dopiero po 4 latach!
- CZEKOLADA pozwala nam wytwarzać więcej PEA!
- Jeśli edorfiny i PEA u obojga partnerów są wytwarzane jednocześnie, czyli ich organizmy są zsynchronizowane, wtedy miłość i związek jest naprawdę trwały. Rozregulowanie systemu biologicznego i brak synchronizacji powoduje rozstania.

2.Finezja miłości i jej zawiłości:D:
Wszystko, co napisałem jednak powyżej, to pikuś. Pamiętajmy o tym, że emocje i uczucia to także rekacje chemiczne naszego organizmu, wszystko znacznie się komplikuje, gdy oprócz miłości odczuwamy wobec pewnej osoby także inne emocje, jak już wspominałem, organizm nasz jest zdolny do odczuwania wielu stanów emocjonalnych naraz, ich kumulacja, a raczej wypadkowa jest właśnie odzwierdziedleniem obecnego stanu naszej "miłości". Na prosty chłopski rozum wygląda to następująco- widzimy swoją ukochaną osobę, jest nam dobrze, jednak możemy odczuwać także zazdrość, bo np. Ona spotkała się z innym, nawet jeśli jest to jej "przyjaciel", nie ma dla nas czasu, albo cokolwiek innego, wynikiem takiej fuzji emocjonalnej jest Miłość o negatywnym zabarwieniu, która nas wykańcza, czujemy coraz większe przywiązanie i chęć zaimponowania tej osobie, żeby nareszcie była TYLKO NASZA, ta osoba odbiera przez to sprzeczne sygnały. Dlaczego? -On mówi, że mnie kocha, stara się bardzo itp, ale za każdym razem jest kontrolujący, czasami niemiły. Miłość właściwa w takim razie, to taka, w której negatywne emocje nie grają roli, musisz stworzyć dla swojej miłości klosz, do którego nie przedostanie się żaden zarazek.

Kilka słów na początek

Niewiele osób, tym bardziej mężczyzn, zdaje sobie sprawę z tego co w nich siedzi, niewielu z nas w gruncie rzeczy wierzy w uniwersalne wartości, takie jak Miłość, Szczęście, Spełnienie, Piękno! To całkiem słuszne, bo umysł mężczyzny zaprogramowany jest naturalnie do zimnej analizy faktów i trafnej oceny sytuacji. Co się tyczy kobiet- zazdroszczę wam cholernie waszego bogactwa emocjonalnego, bo jak sam się przekonałem, ciągłe kopanie w tych ogromnych pokładach naszego ego jest kluczem do zrozumienia. Zrozumienia siebie i innych. Na tym blogu pragnę umieścić wszystko, co może kiedyś zostać ze mnie wymazane. Pisząc teraz, z pozoru beztrosko i spójnie, chciałbym zaznaczyć, że w mojej głowie dzieje się w tej chwili mnóstwo rzeczy, mnóstwo emocji wręcz emanuje ze mnie, jakbym był ogromną kuchenką mikrofalową. Przed chwilą przekonałem się do tego, że ludzie nie zawsze są tacy, za jakich ich uważamy, moim największym życiowym błędem było właśnie zaszufladkowanie(skategoryzowanie) pewnych osób, przez co ich zachowania stały się dla mnie niezrozumiałe, bo nikt tak naprawdę nie kieruje się tylko utartym schematem! Odkrywajcie piękno swojego wnętrza, a pojmiecie piękno tego, co was otacza