Powstał nowy utwór autorstwa mojego i Piotra Z. do którego należy oryginalna wersja solówki:)
Zainteresowanych innymi utworami odsyłam na bloga www.latent-effect.blogspot.com
albo bezpośrednio na http://www.youtube.com/watch?v=3BMo7VDv5a4
Tworzę tego bloga pod wpływem nagłego impulsu, bardzo ważna w moim życiu osoba zapoczątkowała we mnie kaskadę emocji i zdarzeń, czego rezultatem jest właśnie ten projekt.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Analiza i bezbolesna dziesiątka
Wszystko jest ulotne. Materializuje się i paruje, nielogicznie i niespójnie. Unikam kontrowersji poprzez konieczne metafory, ale odniesienie jest bardzo życiowe. Niewiele mogę powiedzieć, opisując mój obecny stan- serce bije, jak oszalałe, oddycham szybko i głośno. Co chwila uspokajam się myślą, że przecież teraz wszystko jest jasne i przejrzyste- przecież tego właśnie chciałem, wiem, czego chcę, wiem, że to co się teraz dzieje, jest dobre i słuszne. Mimo moich przekonań, wykręcam się na drugą stronę, moje obawy potwierdziły się po raz kolejny. A może powinienem wreszcie przestać to roztrząsać? Może powinienem zakończyć moje obsesyjne dochodzenie "kto, kiedy i dlaczego"?
Znów spokój, niech trwa wiecznie. Niezmącone myśli płyną znów przez umysł. Powolne, kolorowe filmy, na każdym piękne wizje, na każdym lepsze jutro. No cóż... Czas znaleźć inny cel w życiu.
1. Uspokajam całe swoje ciało, zaczynam od nóg. Wyłączam je...
2. Teraz tors, cały rozluźniony, napięcie spływa ze mnie na ziemię...
3. Moje ręce już nie są mi teraz potrzebne, rozluźniam je, wyłączam z krwiobiegu...
4. Głowa opada bezwładnie, wszystko jest ciepłe i pełne powietrza...
5. Zamykam oczy, bo powieki zaczynają niesamowicie ciążyć...
6. Moja twarz jest rozluźniona, nie ma na niej żadnego grymasu...
7. Serce zwalnia swój bieg, zaczyna spacerować, by po chwili przysiąść na dłuższą chwilę...
8. Krew płynie coraz leniwiej, nie mając siły ani chęci przedostać się przez tętnice...
9. Trzymam w garści magiczną wtyczkę od mózgu, wypinam ją powolnym ru...
10..........
Znów spokój, niech trwa wiecznie. Niezmącone myśli płyną znów przez umysł. Powolne, kolorowe filmy, na każdym piękne wizje, na każdym lepsze jutro. No cóż... Czas znaleźć inny cel w życiu.
1. Uspokajam całe swoje ciało, zaczynam od nóg. Wyłączam je...
2. Teraz tors, cały rozluźniony, napięcie spływa ze mnie na ziemię...
3. Moje ręce już nie są mi teraz potrzebne, rozluźniam je, wyłączam z krwiobiegu...
4. Głowa opada bezwładnie, wszystko jest ciepłe i pełne powietrza...
5. Zamykam oczy, bo powieki zaczynają niesamowicie ciążyć...
6. Moja twarz jest rozluźniona, nie ma na niej żadnego grymasu...
7. Serce zwalnia swój bieg, zaczyna spacerować, by po chwili przysiąść na dłuższą chwilę...
8. Krew płynie coraz leniwiej, nie mając siły ani chęci przedostać się przez tętnice...
9. Trzymam w garści magiczną wtyczkę od mózgu, wypinam ją powolnym ru...
10..........
piątek, 28 stycznia 2011
Nonexistent You
Kolejny raz uciekasz "na dobre", pierwszy mój odruch- Nie! Nie pozwalam!... Potem nadchodzi chwila, gdy uderzają wspomnienia. Te świeże i te zakopane gdzieś głęboko wraz z szufladą Twoich spojrzeń. Wszystkie uderzają z jednakową mocą niemal zwalając mnie z nóg- tyle tęsknoty, tyle emocji, tyle dotyków... Drążę coraz głębiej i głębiej, wciskam się między wspomnienia, przytulam Twój obraz. Całuję Twój zapach, palcami muskam delikatnie Twoją kruchą nieobecność... Szarpnięcie... Nie ma Cię. Nie ma Nas....
W dzień trzymam Twoją eteryczną dłoń, strzegę każdego niewidocznego kroku. W nocy szepczę do nieistniejącej Ciebie, wymieniamy się urojonymi pocałunkami... Dziś pozostaję bierny, tak każe mi moja natura. W sytuacji bez wyjścia- obojętnieję. Zmywam ze swojego ciała wszystkie uczucia, dając grunt dla nowych, może piękniejszych, może szlachetniejszych i bardziej wartościowych... I czekam...
W dzień trzymam Twoją eteryczną dłoń, strzegę każdego niewidocznego kroku. W nocy szepczę do nieistniejącej Ciebie, wymieniamy się urojonymi pocałunkami... Dziś pozostaję bierny, tak każe mi moja natura. W sytuacji bez wyjścia- obojętnieję. Zmywam ze swojego ciała wszystkie uczucia, dając grunt dla nowych, może piękniejszych, może szlachetniejszych i bardziej wartościowych... I czekam...
Twóczość radosna
Właśnie jestem w trakcie tworzenia drugiego bloga, gdzie znajdzie się trochę muzyki. Tak swoją drogą, nagraliśmy z kolegą Piotrem całkiem ciekawy utwór, który niebawem tam zamieszczę, do tego nagrałem instrumentalne(na razie) modern tango:D Totalnie odlatuję przy takiej nieschematycznej, zapomnianej muzyce:)
wtorek, 25 stycznia 2011
Przeklęty sen
Zostałem napełniony, nasycony i prześwietlony jakąś niesamowitą mocą. Tamtej nocy czułem, że stanie się coś wyjątkowego. Leżeliśmy... Z każdą milczącą sekundą coś wlewało się do mojego wnętrza, jakiś rozpalony płyn, który koniecznie chciał przybrać zdecydowany kształt. Wszystko konsekwentnie twardniało by przybrać w końcu nieskazitelną formę. Choć na chwilę wszystko było takie proste i oczywiste. Przecież tak musi być- Fata viam invenient... Nie chciałem spać, czułem, że mamy coraz mniej czasu. Ten cholerny abstrakcyjny czas, który rzekomo leczy rany i zmienia ludzi. Nic nie uleczył, nic nie zmienił, za to zaczął panicznie uciekać, gdy tylko zerknąłem na zegarek. Niech będzie przeklęte bezcelowe czekanie, niech będzie przeklęty brak wiary i woli. Niech przeklęty będzie sen.
piątek, 21 stycznia 2011
Biała dama
"So confused, when you're lost in the groove"
Czuję się zmieszany, gdy patrzę na Ciebie. Czuję, że mogę zrobić wszystko, czego tylko dusza zapragnie, a jednocześnie jestem napełniony przekonaniem, że gdy to zrobię- cała magia pryśnie. Biała dama. Dużo ryzykuję, patrząc Ci w oczy, ryzykuję upadek. Mogę w nie patrzeć godzinami, jak w otchłań, dopóki wiem, że mam nad sobą kontrolę. Czasem jednak otchłań zerka na mnie, zachęcając do bezpowrotnego skoku. Lubię stać na tej krawędzi, uwielbiam jeździć palcem decyzji po tej żyletce nastroju. Może to kolejne uzależnienie, a może tylko przypadkowa odskocznia, moja prywatna oaza na pustyni wyborów. Nie chcę wiedzieć. Dziś jesteś tylko Ty i Twoje oczy. Kolejny dzień nie istnieje
Czuję się zmieszany, gdy patrzę na Ciebie. Czuję, że mogę zrobić wszystko, czego tylko dusza zapragnie, a jednocześnie jestem napełniony przekonaniem, że gdy to zrobię- cała magia pryśnie. Biała dama. Dużo ryzykuję, patrząc Ci w oczy, ryzykuję upadek. Mogę w nie patrzeć godzinami, jak w otchłań, dopóki wiem, że mam nad sobą kontrolę. Czasem jednak otchłań zerka na mnie, zachęcając do bezpowrotnego skoku. Lubię stać na tej krawędzi, uwielbiam jeździć palcem decyzji po tej żyletce nastroju. Może to kolejne uzależnienie, a może tylko przypadkowa odskocznia, moja prywatna oaza na pustyni wyborów. Nie chcę wiedzieć. Dziś jesteś tylko Ty i Twoje oczy. Kolejny dzień nie istnieje
czwartek, 20 stycznia 2011
Gdybyś tylko widział
"Widząc Cię na jego kolanach poczułem delikatne ukłucie gdzieś w klatce piersiowej, po chwili wzmożone wibracje w całym ciele, a następnie strach w Twoich oczach, gdy zacząłem mimowolnie iść w waszym kierunku. Już wyobrażałem sobie jego skórę na swoich pięściach, ale to nie była zazdrość... Jakaś chęć odegrania się za to, że nie mogę mieć nikogo na wyłączność. Nieważne, jak święta byś była- nie będziesz moja, już nawet nie chce mi się udawać, że możesz." Jak widzisz drogi wujku, który patrzysz na mnie teraz z góry- mimo Twoich starań, nie umiem jeszcze ułożyć sobie super życia, ale będę starał się dalej, uda mi się, wierzę w to. Wiara jest moim paliwem. Kocham i tęsknię
wtorek, 18 stycznia 2011
Pragnę rekwizytu?
Co dostaniesz z "posiadania"? Jedynie fakt, że "masz". Po co Ci samochód, skoro nie umiesz i nie lubisz jeździć? Po co Ci piękny dom, skoro nie umiesz o niego zadbać? Po co Ci miliony dolarów, skoro nie umiesz ich mądrze wydać? Posiadanie jest jedynie aktem próżności. Dopiero, gdy nauczysz się jeździć tak, by było to przyjemne dla Ciebie, dobre dla Twojego samochodu i nieszkodliwe dla otoczenia- dopiero wtedy Pragnij Posiadać samochód. Dlaczego pragniesz posiadać, skoro nigdy "własności" nie wykorzystasz... Niezrozumiałe i nielogiczne. Ludzie jednak zawsze dążą do tego by Posiadać coraz więcej, głównie rzeczy, które im są zupełnie niepotrzebne, które jedynie zmieniają ich obraz w oczach innych ludzi. NIKT nie chce być jedynie rekwizytem w czyimś życiu.
Astronauta
3, 2, 1... Prom wzbił się nareszcie w przestworza. Najgorsze jest wyczekiwanie na start, odliczanie... Gdy już wiesz, że nie wysiądziesz, gdy musisz naprawdę pokazać, że masz jaja.
Czułem jak moje ciało wciska się w fotel, byłem już gotowy na ostrą jazdę. Uśmiech zagościł na mojej twarzy, pierwszy uśmiech od czasu ostatniego lądowania- nareszcie dosięgnę gwiazd, nareszcie spojrzę na wszystko z góry, tak jakbym był panem tego świata!
Po naszej stronie globu panował jeszcze półmrok, była 5 nad ranem. Patrząc przez maleńki wizjer po mojej prawej stronie, widziałem światła miast osnute leciutką mgłą. Każdy płomyczek zapalony na drapaczach chmur teraz majaczył nad widnokręgiem, jakby oderwany od ziemi. Mijaliśmy kolejne chmury, wiedziałem, że zaraz ujrzę czyste niebo, ten moment zawsze zapierał mi dech w piersiach. To tak silne przeżycie, że ostrząśnięcie się z niego zajmuje mi zwykle około 10 minut!
Niespodziewanie(jak zawsze) coś błysnęło w całym kokpicie. Naszym oczom ukazały się gwiazdy. Miliardy widocznych gwiazd, każda z nich na wyciągnięcie ręki. Na całym pokładzie zrobiło się przejrzyście jasno, zerknąłem ciekawie na miny innych członków załogi. Niektórzy płakali. Inni otwierali szeroko oczy i usta, jeszcze innych wbijało do końca w fotel, tak, że ledwo było widać ich ciała. Jako jedyny przyjąłem to wydarzenie za stoickim spokojem- robiłem to już dziesiątki razy i mimo, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza rzecz, jaką człowiek w życiu może zobaczyć, przyzwyczaiłem się do tego, może niesłusznie.
Wzlatywaliśmy coraz wyżej, ziemska grawitacja, ziemska atmosfera i wszystkie ziemskie sprawy i problemy już nas nie dotyczyły... Dylatacja da o sobie znać po powrocie, albowiem lecimy daleko. Tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Już nadszedł czas, żeby wysunąć żagle słoneczne, ponieważ tam gdzie lecimy, tam gdzie światło słońca już nie dociera- paliwo przyda nam się bardziej. Nawigator wcisnął cztery zielone kontrolki na panelu, na zewnątrz rozległ się cichutki syk wypuszczanego powietrza, wszystko działało bez zarzutu. Lecieliśmy już tylko niesieni przez wiatr słoneczny, jak żaglówka.
Nagle jakieś dziwne przeczucie zagnieździło się w mojej psychice, przeczucie, że coś jest nie tak. W powietrzu dało się czuć zdenerwowanie, paniczny strach, podziw, ale oprócz tego coś jeszcze. Zerknąłem nerwowo na naszą piękną planetę na ekranie, która oprócz oddalania się, usuwała się jakby na bok. Pierwsze, co mi przyszło do głowy- któryś z żagli się nie otworzył! Gdy zerknąłem na panel z parametrami, moje obawy się potwierdziły. Prawy właz, trzymający żagiel dalej był zamknięty. Wychyliłem się, żeby upewnić się, czy nawigator to zauważył... Nawigator nie istniał. Brzmi to dziwnie, bo był na swoim miejscu, jako swoje ciało. Jego dusza jednak pływała właśnie gdzieś za pokładem, albo, co gorsze, już gdzieś zaginęła. Nie czekając na nic, wypiąłem się z fotela, usłyszałem słowa protestu kolegi obok, kiedy jednak obróciłem się ku niemu, żeby wyjaśnić, co się dzieje- on również zamilkł, jego oczy wypełniły się pustką, a powietrze wokoło strasznie zmętniało. Przeszył mnie dreszcz. To nie jest normalne. A co jeśli zaraz też odlecę?
W istocie odleciałem, bo zapomniałem o braku grawitacji na pokładzie. Machając rękami, jak szalony, próbowałem poruszać się w nieważkości, co zakończyło się głuchym uderzeniem głową o ścianę pokładu. Nie było mnie pewnie przez jakąś godzinę od chwili utraty przytomności, gdy otworzyłem oczy- było ciemno, świeciły tylko niektóre kontrolki na panelu głównym. Nagle obiłem się o coś miękkiego i dużego, szok! Dwóch członków załogi lewitowało gdzieś obok mnie, prawdopodobnie też postanowili się odpiąć i zobaczyć, co jest grane. Wyszukałem po omacku guziczek od zasilania awaryjnego, zapaliło się światło. Za szybą pokładu nie było nic widać... Ani jednej gwiazdy... A członkowie załogi latali martwi, lub przynajmniej nieprzytomni wokół mnie. Nie wiedzieć czemu, na głowie miałem swój szczelnie zapięty hełm. Nie chciałem ryzykować życia zdejmując go, zwłaszcza, że reszta nieprzytomnych członków załogi wyraźnie nie miała założonych swoich. Zabrakło tlenu? Może ciśnienie zmalało? Zdecydowałem się na desperacki ruch- wyjście z pokładu w celu dobrania się do zasilania od zewnątrz. Tak też zrobiłem, w pomieszczeniu specjalnie do tego przeznaczonym otworzyłem właz, zapiąłem na nim swoją linkę, która miała mnie trzymać i wyleciałem na zewnątrz. W istocie, widziałem gwiazdy, za nami. Przed naszym pokładem była jakaś nieokreślona, ogromna planeta. Odepchnąłem się od pokładu, żeby swobodnie poszybować w stronę małego włazu, pod którym mieścił się agregat. Jeszcze kilka metrów... Szybowałem powoli, jakby czas nie naglił. Nagle coś pociągnęło mnie do tyłu! Bardzo mocno, czułem jakby pękał mi skafander. Obróciłem się powoli, żeby sprawdzić, co to było. Tego nie przewidziałem... Leciałem dalej, a linka, która mnie trzymała, właśnie wiła się w oddali jak niesamowicie długi wąż. Co dalej? W panice zacząłem przekręcać się przodem do pokładu, by chwycić się czegoś, czegokolwiek. Opuszki moich rękawic ledwo szorowały jednak po pokładzie. Po lewej stronie zauważyłem antenę- ostatnia szansa. Zbliżałem się bardzo szybko, przez chwilę nawet pomyślałem, że mogę się na nią nadziać i zginąć, ale parłem bezpowrotnie, to była ostatnia szansa. Bliżej, bliżej... Złapałem końcówkę, antena wygięła się w drugą stronę, pod wpływem mojej prędkości, trzymałem mocno. To jednak nie wystarczyło, wyślizgnęła mi się z rąk. Widziałem oddalający się maszt pokładu. Dryfowałem. Panika minęła. Czy teraz cokolwiek miało znaczenie? Nie, teraz faktycznie- byłem panem tego świata...
Czułem jak moje ciało wciska się w fotel, byłem już gotowy na ostrą jazdę. Uśmiech zagościł na mojej twarzy, pierwszy uśmiech od czasu ostatniego lądowania- nareszcie dosięgnę gwiazd, nareszcie spojrzę na wszystko z góry, tak jakbym był panem tego świata!
Po naszej stronie globu panował jeszcze półmrok, była 5 nad ranem. Patrząc przez maleńki wizjer po mojej prawej stronie, widziałem światła miast osnute leciutką mgłą. Każdy płomyczek zapalony na drapaczach chmur teraz majaczył nad widnokręgiem, jakby oderwany od ziemi. Mijaliśmy kolejne chmury, wiedziałem, że zaraz ujrzę czyste niebo, ten moment zawsze zapierał mi dech w piersiach. To tak silne przeżycie, że ostrząśnięcie się z niego zajmuje mi zwykle około 10 minut!
Niespodziewanie(jak zawsze) coś błysnęło w całym kokpicie. Naszym oczom ukazały się gwiazdy. Miliardy widocznych gwiazd, każda z nich na wyciągnięcie ręki. Na całym pokładzie zrobiło się przejrzyście jasno, zerknąłem ciekawie na miny innych członków załogi. Niektórzy płakali. Inni otwierali szeroko oczy i usta, jeszcze innych wbijało do końca w fotel, tak, że ledwo było widać ich ciała. Jako jedyny przyjąłem to wydarzenie za stoickim spokojem- robiłem to już dziesiątki razy i mimo, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza rzecz, jaką człowiek w życiu może zobaczyć, przyzwyczaiłem się do tego, może niesłusznie.
Wzlatywaliśmy coraz wyżej, ziemska grawitacja, ziemska atmosfera i wszystkie ziemskie sprawy i problemy już nas nie dotyczyły... Dylatacja da o sobie znać po powrocie, albowiem lecimy daleko. Tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Już nadszedł czas, żeby wysunąć żagle słoneczne, ponieważ tam gdzie lecimy, tam gdzie światło słońca już nie dociera- paliwo przyda nam się bardziej. Nawigator wcisnął cztery zielone kontrolki na panelu, na zewnątrz rozległ się cichutki syk wypuszczanego powietrza, wszystko działało bez zarzutu. Lecieliśmy już tylko niesieni przez wiatr słoneczny, jak żaglówka.
Nagle jakieś dziwne przeczucie zagnieździło się w mojej psychice, przeczucie, że coś jest nie tak. W powietrzu dało się czuć zdenerwowanie, paniczny strach, podziw, ale oprócz tego coś jeszcze. Zerknąłem nerwowo na naszą piękną planetę na ekranie, która oprócz oddalania się, usuwała się jakby na bok. Pierwsze, co mi przyszło do głowy- któryś z żagli się nie otworzył! Gdy zerknąłem na panel z parametrami, moje obawy się potwierdziły. Prawy właz, trzymający żagiel dalej był zamknięty. Wychyliłem się, żeby upewnić się, czy nawigator to zauważył... Nawigator nie istniał. Brzmi to dziwnie, bo był na swoim miejscu, jako swoje ciało. Jego dusza jednak pływała właśnie gdzieś za pokładem, albo, co gorsze, już gdzieś zaginęła. Nie czekając na nic, wypiąłem się z fotela, usłyszałem słowa protestu kolegi obok, kiedy jednak obróciłem się ku niemu, żeby wyjaśnić, co się dzieje- on również zamilkł, jego oczy wypełniły się pustką, a powietrze wokoło strasznie zmętniało. Przeszył mnie dreszcz. To nie jest normalne. A co jeśli zaraz też odlecę?
W istocie odleciałem, bo zapomniałem o braku grawitacji na pokładzie. Machając rękami, jak szalony, próbowałem poruszać się w nieważkości, co zakończyło się głuchym uderzeniem głową o ścianę pokładu. Nie było mnie pewnie przez jakąś godzinę od chwili utraty przytomności, gdy otworzyłem oczy- było ciemno, świeciły tylko niektóre kontrolki na panelu głównym. Nagle obiłem się o coś miękkiego i dużego, szok! Dwóch członków załogi lewitowało gdzieś obok mnie, prawdopodobnie też postanowili się odpiąć i zobaczyć, co jest grane. Wyszukałem po omacku guziczek od zasilania awaryjnego, zapaliło się światło. Za szybą pokładu nie było nic widać... Ani jednej gwiazdy... A członkowie załogi latali martwi, lub przynajmniej nieprzytomni wokół mnie. Nie wiedzieć czemu, na głowie miałem swój szczelnie zapięty hełm. Nie chciałem ryzykować życia zdejmując go, zwłaszcza, że reszta nieprzytomnych członków załogi wyraźnie nie miała założonych swoich. Zabrakło tlenu? Może ciśnienie zmalało? Zdecydowałem się na desperacki ruch- wyjście z pokładu w celu dobrania się do zasilania od zewnątrz. Tak też zrobiłem, w pomieszczeniu specjalnie do tego przeznaczonym otworzyłem właz, zapiąłem na nim swoją linkę, która miała mnie trzymać i wyleciałem na zewnątrz. W istocie, widziałem gwiazdy, za nami. Przed naszym pokładem była jakaś nieokreślona, ogromna planeta. Odepchnąłem się od pokładu, żeby swobodnie poszybować w stronę małego włazu, pod którym mieścił się agregat. Jeszcze kilka metrów... Szybowałem powoli, jakby czas nie naglił. Nagle coś pociągnęło mnie do tyłu! Bardzo mocno, czułem jakby pękał mi skafander. Obróciłem się powoli, żeby sprawdzić, co to było. Tego nie przewidziałem... Leciałem dalej, a linka, która mnie trzymała, właśnie wiła się w oddali jak niesamowicie długi wąż. Co dalej? W panice zacząłem przekręcać się przodem do pokładu, by chwycić się czegoś, czegokolwiek. Opuszki moich rękawic ledwo szorowały jednak po pokładzie. Po lewej stronie zauważyłem antenę- ostatnia szansa. Zbliżałem się bardzo szybko, przez chwilę nawet pomyślałem, że mogę się na nią nadziać i zginąć, ale parłem bezpowrotnie, to była ostatnia szansa. Bliżej, bliżej... Złapałem końcówkę, antena wygięła się w drugą stronę, pod wpływem mojej prędkości, trzymałem mocno. To jednak nie wystarczyło, wyślizgnęła mi się z rąk. Widziałem oddalający się maszt pokładu. Dryfowałem. Panika minęła. Czy teraz cokolwiek miało znaczenie? Nie, teraz faktycznie- byłem panem tego świata...
wtorek, 11 stycznia 2011
Bilans dodatni:)
Jak tam? Źle, wczorajsza noc była naprawdę ciężka, ale cieszę się, że obyło się bez boskiej interwencji.
Innymi słowy mam irytujące objawy przeziębienia, czy czegoś tam, co nie pozwala mi chwilowo cieszyć się życiem:P Poza tym wszystko super, choć mam ochotę napisać, jak mi beznadziejnie i że czuję się jak wyżuta guma... kurde już napisałem. No, dla sprostowania jestem dobrej myśli, kilka moich pomysłów naprawdę ma szansę przynieść oczekiwane pozytywne rezultaty, jestem szczęśliwy, mam wspaniałą dziewczynę, zyskałem kilka ważnych znajomości, przełamałem kilka barier psychicznych. Resocjalizacja wtórna idzie po mojej myśli, jak wyleczę się z przeziębienia- zacznę naprawdę szaleć:D
Innymi słowy mam irytujące objawy przeziębienia, czy czegoś tam, co nie pozwala mi chwilowo cieszyć się życiem:P Poza tym wszystko super, choć mam ochotę napisać, jak mi beznadziejnie i że czuję się jak wyżuta guma... kurde już napisałem. No, dla sprostowania jestem dobrej myśli, kilka moich pomysłów naprawdę ma szansę przynieść oczekiwane pozytywne rezultaty, jestem szczęśliwy, mam wspaniałą dziewczynę, zyskałem kilka ważnych znajomości, przełamałem kilka barier psychicznych. Resocjalizacja wtórna idzie po mojej myśli, jak wyleczę się z przeziębienia- zacznę naprawdę szaleć:D
piątek, 7 stycznia 2011
To Tylko Ona
"To Tylko Ona", mówię za każdym razem, gdy przechodzi
Za każdym razem tym samym tonem, bez cienia pewności
Za każdym razem, by nie oszaleć, muszę sam się zwodzić
Klamka jednak zapadła, przecież nie mam wątpliwości...
Tak cudownie kontroluję wszystko, co chcę Jej powiedzieć
Każdy piękny gest zabijam w zarodku, lub eksponuję w sobie
Paradoksalnie- nie mogę mówić, a Ona musi wiedzieć...
Ona musi wiedzieć, o mojej cichej, a pięknej odnowie
"To Tylko Ona", słowa, jak beton milczące i niezmienne
Wypisane gdzieś głęboko, na ogromnym murze sumień
Dla Niej krzyk stłumiony, dla Niej noce bezsenne
Dla Niej piękno utopiłem bezpowrotnie w swej dumie
Nie tylko reszta jest milczeniem, milczenie definiuje "Nas"
Za każdym razem tym samym tonem, bez cienia pewności
Za każdym razem, by nie oszaleć, muszę sam się zwodzić
Klamka jednak zapadła, przecież nie mam wątpliwości...
Tak cudownie kontroluję wszystko, co chcę Jej powiedzieć
Każdy piękny gest zabijam w zarodku, lub eksponuję w sobie
Paradoksalnie- nie mogę mówić, a Ona musi wiedzieć...
Ona musi wiedzieć, o mojej cichej, a pięknej odnowie
"To Tylko Ona", słowa, jak beton milczące i niezmienne
Wypisane gdzieś głęboko, na ogromnym murze sumień
Dla Niej krzyk stłumiony, dla Niej noce bezsenne
Dla Niej piękno utopiłem bezpowrotnie w swej dumie
Nie tylko reszta jest milczeniem, milczenie definiuje "Nas"
Życie we śnie?
Po dłuższym zastanowieniu i ku własnemu zaskoczeniu, dochodzę do wniosku, że sen to wcale nie strata czasu:)
Do niedawna sen był dla mnie JEDYNIE odpoczynkiem, od pewnego czasu jednak stał się niesamowitym zajęciem dla mojej wyobraźni. Wszystko zaczęło się od szalonego snu, w którym przemierzam magiczną wyspę z pewną osobą, którą nazwę tutaj X, zero podtekstów erotycznych(o dziwo!) a i tak ubawiłem się po uszy. Opowiadałem ten sen kilku osobom, ich reakcja była zawsze taka sama: pełne zaskoczenie. Sam przy okazji w swoją opowieść angażuję się za każdym razem coraz bardziej, jeszcze kilka opowieści i faktycznie zacznę przy słuchaczu przemierzać tę wyspę!:D Mój kolega, szalony muzyk i poeta, "P", w rewanżu opowiedział mi kilka swoich snów, w których kontrolował każdy swój ruch. Ok- sen świadomy, pomyślałem. Wszystko z logicznego punktu widzenia wydaje się proste i przejrzyste, niestety moja wyobraźnia nie uznaje chyba takich kompromisów, jak kontrola świata przez nią wykreowanego. Wyobraźnio! Posłuchaj teraz uważnie, przed każdym snem przygotuję się mentalnie do przejęcia kontroli! I uda mi się to!
Tadaaa!- Wczoraj przed snem przygotowałem się, jak najlepiej umiałem do kontroli- ćwiczenia medytacyjne, spowolnienie metabolizmu bla bla bla, ale sam nie wierzyłem właściwie w sukces, bo nigdy nie wiem, kiedy sen jest snem(Naprawdę, moje są cholernie realistyczne, włączając w to odczucia fizyczne). Skupiłem całą swoją uwagę na osobie X, dosłownie zmusiłem całe moje ciało do odczuwania jej obecności! Cholera, parę minut później rozmawiałem już z tą osobą, dokładnie wiedziałem co robię, kontrolowałem to... Wszystko było cacy, naprawdę, zero zastrzeżeń:D Dzięki stokrotne "P";)
Do niedawna sen był dla mnie JEDYNIE odpoczynkiem, od pewnego czasu jednak stał się niesamowitym zajęciem dla mojej wyobraźni. Wszystko zaczęło się od szalonego snu, w którym przemierzam magiczną wyspę z pewną osobą, którą nazwę tutaj X, zero podtekstów erotycznych(o dziwo!) a i tak ubawiłem się po uszy. Opowiadałem ten sen kilku osobom, ich reakcja była zawsze taka sama: pełne zaskoczenie. Sam przy okazji w swoją opowieść angażuję się za każdym razem coraz bardziej, jeszcze kilka opowieści i faktycznie zacznę przy słuchaczu przemierzać tę wyspę!:D Mój kolega, szalony muzyk i poeta, "P", w rewanżu opowiedział mi kilka swoich snów, w których kontrolował każdy swój ruch. Ok- sen świadomy, pomyślałem. Wszystko z logicznego punktu widzenia wydaje się proste i przejrzyste, niestety moja wyobraźnia nie uznaje chyba takich kompromisów, jak kontrola świata przez nią wykreowanego. Wyobraźnio! Posłuchaj teraz uważnie, przed każdym snem przygotuję się mentalnie do przejęcia kontroli! I uda mi się to!
Tadaaa!- Wczoraj przed snem przygotowałem się, jak najlepiej umiałem do kontroli- ćwiczenia medytacyjne, spowolnienie metabolizmu bla bla bla, ale sam nie wierzyłem właściwie w sukces, bo nigdy nie wiem, kiedy sen jest snem(Naprawdę, moje są cholernie realistyczne, włączając w to odczucia fizyczne). Skupiłem całą swoją uwagę na osobie X, dosłownie zmusiłem całe moje ciało do odczuwania jej obecności! Cholera, parę minut później rozmawiałem już z tą osobą, dokładnie wiedziałem co robię, kontrolowałem to... Wszystko było cacy, naprawdę, zero zastrzeżeń:D Dzięki stokrotne "P";)
środa, 5 stycznia 2011
Zakuta w stal
Zakuta w stal przemierzasz swój świat. Odporna na ból, odporna na siebie... Z Twoich oczu nie wyczytam już nic, twarz zlała się w jedność. Choć pewnie czujesz i żyjesz, śnisz i marzysz- Twoje słowa będą tylko kolejną powłoką, tak kolorową i nową. Przed czym się tak bronisz? Czy nie umiesz spojrzeć w oczy zwierzęciu, które we mnie siedzi i powiedzieć mi- co dalej? Stworzyłaś ze mnie wroga idealnego- wroga, który nie umie z Tobą walczyć, wroga, który błaga na kolanach o pokój i pojednanie. Nie dostrzeżesz mojej pokory przez zimną stal, która Cię otacza. Piękny kwiat zdeptałaś misternie uplecioną kolczugą, nawet nie czując oporu. Nikt Cię o to jednak nie wini. Choć nasze ścieżki się rozeszły- wiem, że to nie koniec.
Wiem, że to nie koniec.
Wiem, że to dopiero początek.
Wiem, że to nie koniec.
Wiem, że to dopiero początek.
wtorek, 4 stycznia 2011
Miłość, jako nauka;)
Co to jest właściwie miłość? Czy to tylko reakcja chemiczna fenyloetyloaminy, czy też jakieś dziwne wszechobecne magnetyczne siły, które sprawiają, że nie możemy żyć bez danej osoby? Myślę, że w każdym z tych twierdzeń jest ziarenko prawdy. Czy można natomiast kochać więcej, niż jedną osobę? To jasne, że tak, podobnie, jak można odczuwać kilka stanów emocjonalnych naraz, albo na upartego wykonywać mnóstwo czynności jednocześnie. Z miłością jest właśnie jak z podzielnością uwagi, jednak nie jest to wbrew pozorom tak prosty system. Jasne, dla religijnych- możemy kochać Boga, żonę, matkę, ojca i dziada pradziada naraz, nie jest to jakoś ograniczone, ale zgodzicie się ze mną, że żadna miłość nie jest taka sama. Grunt to świadomość uczucia, bez świadomości jest ono chaotyczne, nieznane i przede wszystkim Nieokiełznane! Jestem świadom tego, że kocham więcej niż jedną osobę, jestem także świadom, że "te miłości" różnią się od siebie radykalnie. Nie ma absolutnie nic złego w różnorodności uczuć, tym bardziej jeśli wszystkie są szlachetne i konstruktywne.
I teraz postulat do wszystkich domniemanych samców alfa- nie ma nic złego w okazywaniu uczuć, to świadczy jedynie o bogactwie emocjonalnym, oraz o niesamowitej mocy, dzięki której rozumiemy to, co czujemy!
1.Chemia miłości:
- Dobieramy partnera na podstawie zapachu i wyglądu, to jest pierwszy efekt, posiadamy specjalny zestaw genów zwany MHC, który u obu płci różni się radykalnie. Mamy bierną zdolność wytwarzania pewnego narkotyku, fenyloetyloaminy(PEA), która powoduje dobre samopoczucie
- Wydzielanie fenyloetyloaminy jest efektem niekontrolowanego bodźca, jak na przykład spotkanie swojej ukochanej, wszystkie emocjonalne gesty, słowa itp.
- Teoretycznie miłość naturalna może trwać do czterech lat(wydzielanie PEA na "widok" danej osoby), jest to pozostałość po naszych przodkach, partner zakochiwał się w swojej wybrance, zabiegał o jej względy, dochodziło do kopulacji, narodzin dziecka, wychowaniu go przez rozdziców do wieku ok. 2 lat, potem samiec opuszczał rodzinę. Wbrew pozorom miłość nie kończy się po czterech latach, nie martwcie się, po przyzwyczajeniu organizmu do danej osoby, a co się z tym wiąże- zaprzestaniu produkcji PEA, nasz organizm wytwarza endorfiny, które równierz powodują dobre samopoczucie.
- U wielu osobników endorfiny znacznie silniej pobudzają nasz organizm niż PEA, więc równie dobrze miłość może tak naprawdę wykiełkować dopiero po 4 latach!
- CZEKOLADA pozwala nam wytwarzać więcej PEA!
- Jeśli edorfiny i PEA u obojga partnerów są wytwarzane jednocześnie, czyli ich organizmy są zsynchronizowane, wtedy miłość i związek jest naprawdę trwały. Rozregulowanie systemu biologicznego i brak synchronizacji powoduje rozstania.
2.Finezja miłości i jej zawiłości:D:
Wszystko, co napisałem jednak powyżej, to pikuś. Pamiętajmy o tym, że emocje i uczucia to także rekacje chemiczne naszego organizmu, wszystko znacznie się komplikuje, gdy oprócz miłości odczuwamy wobec pewnej osoby także inne emocje, jak już wspominałem, organizm nasz jest zdolny do odczuwania wielu stanów emocjonalnych naraz, ich kumulacja, a raczej wypadkowa jest właśnie odzwierdziedleniem obecnego stanu naszej "miłości". Na prosty chłopski rozum wygląda to następująco- widzimy swoją ukochaną osobę, jest nam dobrze, jednak możemy odczuwać także zazdrość, bo np. Ona spotkała się z innym, nawet jeśli jest to jej "przyjaciel", nie ma dla nas czasu, albo cokolwiek innego, wynikiem takiej fuzji emocjonalnej jest Miłość o negatywnym zabarwieniu, która nas wykańcza, czujemy coraz większe przywiązanie i chęć zaimponowania tej osobie, żeby nareszcie była TYLKO NASZA, ta osoba odbiera przez to sprzeczne sygnały. Dlaczego? -On mówi, że mnie kocha, stara się bardzo itp, ale za każdym razem jest kontrolujący, czasami niemiły. Miłość właściwa w takim razie, to taka, w której negatywne emocje nie grają roli, musisz stworzyć dla swojej miłości klosz, do którego nie przedostanie się żaden zarazek.
I teraz postulat do wszystkich domniemanych samców alfa- nie ma nic złego w okazywaniu uczuć, to świadczy jedynie o bogactwie emocjonalnym, oraz o niesamowitej mocy, dzięki której rozumiemy to, co czujemy!
1.Chemia miłości:
- Dobieramy partnera na podstawie zapachu i wyglądu, to jest pierwszy efekt, posiadamy specjalny zestaw genów zwany MHC, który u obu płci różni się radykalnie. Mamy bierną zdolność wytwarzania pewnego narkotyku, fenyloetyloaminy(PEA), która powoduje dobre samopoczucie
- Wydzielanie fenyloetyloaminy jest efektem niekontrolowanego bodźca, jak na przykład spotkanie swojej ukochanej, wszystkie emocjonalne gesty, słowa itp.
- Teoretycznie miłość naturalna może trwać do czterech lat(wydzielanie PEA na "widok" danej osoby), jest to pozostałość po naszych przodkach, partner zakochiwał się w swojej wybrance, zabiegał o jej względy, dochodziło do kopulacji, narodzin dziecka, wychowaniu go przez rozdziców do wieku ok. 2 lat, potem samiec opuszczał rodzinę. Wbrew pozorom miłość nie kończy się po czterech latach, nie martwcie się, po przyzwyczajeniu organizmu do danej osoby, a co się z tym wiąże- zaprzestaniu produkcji PEA, nasz organizm wytwarza endorfiny, które równierz powodują dobre samopoczucie.
- U wielu osobników endorfiny znacznie silniej pobudzają nasz organizm niż PEA, więc równie dobrze miłość może tak naprawdę wykiełkować dopiero po 4 latach!
- CZEKOLADA pozwala nam wytwarzać więcej PEA!
- Jeśli edorfiny i PEA u obojga partnerów są wytwarzane jednocześnie, czyli ich organizmy są zsynchronizowane, wtedy miłość i związek jest naprawdę trwały. Rozregulowanie systemu biologicznego i brak synchronizacji powoduje rozstania.
2.Finezja miłości i jej zawiłości:D:
Wszystko, co napisałem jednak powyżej, to pikuś. Pamiętajmy o tym, że emocje i uczucia to także rekacje chemiczne naszego organizmu, wszystko znacznie się komplikuje, gdy oprócz miłości odczuwamy wobec pewnej osoby także inne emocje, jak już wspominałem, organizm nasz jest zdolny do odczuwania wielu stanów emocjonalnych naraz, ich kumulacja, a raczej wypadkowa jest właśnie odzwierdziedleniem obecnego stanu naszej "miłości". Na prosty chłopski rozum wygląda to następująco- widzimy swoją ukochaną osobę, jest nam dobrze, jednak możemy odczuwać także zazdrość, bo np. Ona spotkała się z innym, nawet jeśli jest to jej "przyjaciel", nie ma dla nas czasu, albo cokolwiek innego, wynikiem takiej fuzji emocjonalnej jest Miłość o negatywnym zabarwieniu, która nas wykańcza, czujemy coraz większe przywiązanie i chęć zaimponowania tej osobie, żeby nareszcie była TYLKO NASZA, ta osoba odbiera przez to sprzeczne sygnały. Dlaczego? -On mówi, że mnie kocha, stara się bardzo itp, ale za każdym razem jest kontrolujący, czasami niemiły. Miłość właściwa w takim razie, to taka, w której negatywne emocje nie grają roli, musisz stworzyć dla swojej miłości klosz, do którego nie przedostanie się żaden zarazek.
Kilka słów na początek
Niewiele osób, tym bardziej mężczyzn, zdaje sobie sprawę z tego co w nich siedzi, niewielu z nas w gruncie rzeczy wierzy w uniwersalne wartości, takie jak Miłość, Szczęście, Spełnienie, Piękno! To całkiem słuszne, bo umysł mężczyzny zaprogramowany jest naturalnie do zimnej analizy faktów i trafnej oceny sytuacji. Co się tyczy kobiet- zazdroszczę wam cholernie waszego bogactwa emocjonalnego, bo jak sam się przekonałem, ciągłe kopanie w tych ogromnych pokładach naszego ego jest kluczem do zrozumienia. Zrozumienia siebie i innych. Na tym blogu pragnę umieścić wszystko, co może kiedyś zostać ze mnie wymazane. Pisząc teraz, z pozoru beztrosko i spójnie, chciałbym zaznaczyć, że w mojej głowie dzieje się w tej chwili mnóstwo rzeczy, mnóstwo emocji wręcz emanuje ze mnie, jakbym był ogromną kuchenką mikrofalową. Przed chwilą przekonałem się do tego, że ludzie nie zawsze są tacy, za jakich ich uważamy, moim największym życiowym błędem było właśnie zaszufladkowanie(skategoryzowanie) pewnych osób, przez co ich zachowania stały się dla mnie niezrozumiałe, bo nikt tak naprawdę nie kieruje się tylko utartym schematem! Odkrywajcie piękno swojego wnętrza, a pojmiecie piękno tego, co was otacza
Subskrybuj:
Posty (Atom)
