trwa inicjalizacja, prosze czekac...forum Medyczne

wtorek, 18 stycznia 2011

Astronauta

3, 2, 1... Prom wzbił się nareszcie w przestworza. Najgorsze jest wyczekiwanie na start, odliczanie... Gdy już wiesz, że nie wysiądziesz, gdy musisz naprawdę pokazać, że masz jaja.
Czułem jak moje ciało wciska się w fotel, byłem już gotowy na ostrą jazdę. Uśmiech zagościł na mojej twarzy, pierwszy uśmiech od czasu ostatniego lądowania- nareszcie dosięgnę gwiazd, nareszcie spojrzę na wszystko z góry, tak jakbym był panem tego świata!
Po naszej stronie globu panował jeszcze półmrok, była 5 nad ranem. Patrząc przez maleńki wizjer po mojej prawej stronie, widziałem światła miast osnute leciutką mgłą. Każdy płomyczek zapalony na drapaczach chmur teraz majaczył nad widnokręgiem, jakby oderwany od ziemi. Mijaliśmy kolejne chmury, wiedziałem, że zaraz ujrzę czyste niebo, ten moment zawsze zapierał mi dech w piersiach. To tak silne przeżycie, że ostrząśnięcie się z niego zajmuje mi zwykle około 10 minut!
Niespodziewanie(jak zawsze) coś błysnęło w całym kokpicie. Naszym oczom ukazały się gwiazdy. Miliardy widocznych gwiazd, każda z nich na wyciągnięcie ręki. Na całym pokładzie zrobiło się przejrzyście jasno, zerknąłem ciekawie na miny innych członków załogi. Niektórzy płakali. Inni otwierali szeroko oczy i usta, jeszcze innych wbijało do końca w fotel, tak, że ledwo było widać ich ciała. Jako jedyny przyjąłem to wydarzenie za stoickim spokojem- robiłem to już dziesiątki razy i mimo, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza rzecz, jaką człowiek w życiu może zobaczyć, przyzwyczaiłem się do tego, może niesłusznie.
Wzlatywaliśmy coraz wyżej, ziemska grawitacja, ziemska atmosfera i wszystkie ziemskie sprawy i problemy już nas nie dotyczyły... Dylatacja da o sobie znać po powrocie, albowiem lecimy daleko. Tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Już nadszedł czas, żeby wysunąć żagle słoneczne, ponieważ tam gdzie lecimy, tam gdzie światło słońca już nie dociera- paliwo przyda nam się bardziej. Nawigator wcisnął cztery zielone kontrolki na panelu, na zewnątrz rozległ się cichutki syk wypuszczanego powietrza, wszystko działało bez zarzutu. Lecieliśmy już tylko niesieni przez wiatr słoneczny, jak żaglówka.
Nagle jakieś dziwne przeczucie zagnieździło się w mojej psychice, przeczucie, że coś jest nie tak. W powietrzu dało się czuć zdenerwowanie, paniczny strach, podziw, ale oprócz tego coś jeszcze. Zerknąłem nerwowo na naszą piękną planetę na ekranie, która oprócz oddalania się, usuwała się jakby na bok. Pierwsze, co mi przyszło do głowy- któryś z żagli się nie otworzył! Gdy zerknąłem na panel z parametrami, moje obawy się potwierdziły. Prawy właz, trzymający żagiel dalej był zamknięty. Wychyliłem się, żeby upewnić się, czy nawigator to zauważył... Nawigator nie istniał. Brzmi to dziwnie, bo był na swoim miejscu, jako swoje ciało. Jego dusza jednak pływała właśnie gdzieś za pokładem, albo, co gorsze, już gdzieś zaginęła. Nie czekając na nic, wypiąłem się z fotela, usłyszałem słowa protestu kolegi obok, kiedy jednak obróciłem się ku niemu, żeby wyjaśnić, co się dzieje- on również zamilkł, jego oczy wypełniły się pustką, a powietrze wokoło strasznie zmętniało. Przeszył mnie dreszcz. To nie jest normalne. A co jeśli zaraz też odlecę?
W istocie odleciałem, bo zapomniałem o braku grawitacji na pokładzie. Machając rękami, jak szalony, próbowałem poruszać się w nieważkości, co zakończyło się głuchym uderzeniem głową o ścianę pokładu. Nie było mnie pewnie przez jakąś godzinę od chwili utraty przytomności, gdy otworzyłem oczy- było ciemno, świeciły tylko niektóre kontrolki na panelu głównym. Nagle obiłem się o coś miękkiego i dużego, szok! Dwóch członków załogi lewitowało gdzieś obok mnie, prawdopodobnie też postanowili się odpiąć i zobaczyć, co jest grane. Wyszukałem po omacku guziczek od zasilania awaryjnego, zapaliło się światło. Za szybą pokładu nie było nic widać... Ani jednej gwiazdy... A członkowie załogi latali martwi, lub przynajmniej nieprzytomni wokół mnie. Nie wiedzieć czemu, na głowie miałem swój szczelnie zapięty hełm. Nie chciałem ryzykować życia zdejmując go, zwłaszcza, że reszta nieprzytomnych członków załogi wyraźnie nie miała założonych swoich. Zabrakło tlenu? Może ciśnienie zmalało? Zdecydowałem się na desperacki ruch- wyjście z pokładu w celu dobrania się do zasilania od zewnątrz. Tak też zrobiłem, w pomieszczeniu specjalnie do tego przeznaczonym otworzyłem właz, zapiąłem na nim swoją linkę, która miała mnie trzymać i wyleciałem na zewnątrz. W istocie, widziałem gwiazdy, za nami. Przed naszym pokładem była jakaś nieokreślona, ogromna planeta. Odepchnąłem się od pokładu, żeby swobodnie poszybować w stronę małego włazu, pod którym mieścił się agregat. Jeszcze kilka metrów... Szybowałem powoli, jakby czas nie naglił. Nagle coś pociągnęło mnie do tyłu! Bardzo mocno, czułem jakby pękał mi skafander. Obróciłem się powoli, żeby sprawdzić, co to było. Tego nie przewidziałem... Leciałem dalej, a linka, która mnie trzymała, właśnie wiła się w oddali jak niesamowicie długi wąż. Co dalej? W panice zacząłem przekręcać się przodem do pokładu, by chwycić się czegoś, czegokolwiek. Opuszki moich rękawic ledwo szorowały jednak po pokładzie. Po lewej stronie zauważyłem antenę- ostatnia szansa. Zbliżałem się bardzo szybko, przez chwilę nawet pomyślałem, że mogę się na nią nadziać i zginąć, ale parłem bezpowrotnie, to była ostatnia szansa. Bliżej, bliżej... Złapałem końcówkę, antena wygięła się w drugą stronę, pod wpływem mojej prędkości, trzymałem mocno. To jednak nie wystarczyło, wyślizgnęła mi się z rąk. Widziałem oddalający się maszt pokładu. Dryfowałem. Panika minęła. Czy teraz cokolwiek miało znaczenie? Nie, teraz faktycznie- byłem panem tego świata...

1 komentarz:

  1. "To nie jest sen rzeczy naprawdę dzieją się
    stoisz czy biegniesz dotykają Cię z każdą chwilą"

    OdpowiedzUsuń